O pół kroku w przyszłość O pół kroku w przyszłość
Przemyślenia

O pół kroku w przyszłość

Paulina Wilk
Czyta się 3 minuty

Jeśli cierpisz na awersję do polityki (względnie – polityków), jeśli słysząc hasła „państwo”, „naród” lub „demokracja”, odwracasz się z niechęcią i znużeniem, ta książka jest – niespodzianka! – dla ciebie. Autor, politolog Rafał Matyja, przeprowadza recykling pojęć i uczuć, jakie można żywić wobec abstrakcyjnego organizmu, który nazywamy Polską. Z uważnością i spokojnym umysłem oczyszcza terminy wyświechtane w telewizyjnych transmisjach wprost z sejmowych korytarzy. I w umiejętny, nienachalny sposób sprawia, że nabierają osobistych znaczeń – można je wziąć do siebie i całą tę zjawę – państwa i narodu – udomowić.

Gdy Matyja pisze o państwie, którego rdzenia przez ostatnie 30 lat nikt nie chciał odbudować, pojawia mi się przed oczami typowe polskie podwórko – niezaopiekowane, niczyje. Wszyscy wyglądamy na nie co dzień z okien, bez jawnej niechęci, ale i bez miłości, bez myśli, że może ono naszej czułości wyczekuje. Zobojętniali liczymy więc na innych, którzy coś z tym poczną. Tych „innych” – wybieranych przedstawicieli – autor opisuje z głębokim, ale łagodnym smutkiem i brakiem złudzeń.

 Dziś łatwo odnieść wrażenie, że nie mamy dokąd pójść. Jesteśmy skazani na siebie, bo „w Polsce jest Polska!”, jak wykrzykiwała z rozpaczą bohaterka dramatu Doroty Masłowskiej. A jednak w atmosferze rozbudzonych konfliktów, traktowaniu każdej różnicy jako powodu do awantury Rafał Matyja poświęca swoją książkę wyjściu awaryjnemu. Przypomina o możliwości spojrzenia w inną stronę, byle nie tam, gdzie prowadzi bieżący nurt zdarzeń. Pokazuje, jak skutecznie zaaresztowana została nasza wyobraźnia, także w sferze pragnień i ambicji. Bo czy wiemy, w jakim kraju – co nam dającym, co umożliwiającym – chcemy żyć jutro? Czy pochłonięci gorączką teraźniejszości umiemy wybiec myślami do kolejnych pokoleń?

„Ja nic nie mogę” – to częsta reakcja na myśl o tym, żeby jednak spróbować coś zmienić, poprawić. Matyja subtelnie unieważnia to alibi, sugeruje działanie, bo to, co nazywamy państwem i społeczeństwem, istnieje w relacjach, między nami. Autor wskazuje z nadzieją na inne elity niż te z Wiejskiej. Poza posłami są jeszcze szefowie bibliotek, domów kultury i przychodni zdrowia, dyrektorzy szpitali, kierownicy literaccy teatrów, przedsiębiorcy i redaktorzy mediów – każdy, kto dysponuje autorytetem i potencjałem powiązanym nawet z niewielkimi instytucjami czy osobistymi zdolnościami może „coś” zrobić. Wyobraźmy to sobie: zmienianie rzeczywistości działaniami o niewielkiej skali, bycie przyzwoitym we własnym zakresie, ustanawianie dobrego wzoru tylko dlatego, że umiemy i możemy go dać.
Podoba mi się ta myśl – przeganiająca pasywność i fatalizm – że lekiem na polską melancholię wielkiej skali może być etyka stosowana na co dzień, w rozmiarze S.

Jest w opowieści Matyi jeszcze jedna grupa ludzi, którzy mogliby wiele, ale nie wiadomo, czy chcą. Autor wskazuje na 30-, 40-latków, masowo nieobecnych w życiu publicznym. Masowo, bo to dzieci wyżu demograficznego 1975–1985. Powinni oni – statystycznie rzecz biorąc – być widoczni, ale średnia wieku w Sejmie i rządzie tylko rośnie. Może to właśnie dorosłe dzieci transformacji są „wyjściem awaryjnym” z klaustrofobicznego ringu zajętego przez oldbojów?

Jest w książce Matyi aktualność i świeżość refleksji, wysunięcie się o pół kroku przed moment, w którym tkwimy jako zbiorowość. Zaproszenie do obracania w wyobraźni różnych scenariuszy, które dziś wydają się mało prawdopodobne. To mały poradnik odbudowywania umysłowej niezależności. Zajmie wieczór lub dwa, ale przy czytaniu zrobi się wokół jakby luźniej, przestronniej. Da się żyć, a nawet pomarzyć.

 

 

Czytaj również:

Tajemne księgi średniowiecza Tajemne księgi średniowiecza
i
zdjęcie: iluminacje z księgi „A Renaissance Riddle: The Sola Busca Tarot Deck” (1491)
Wiedza i niewiedza

Tajemne księgi średniowiecza

Tomasz Wiśniewski

Europejskie średniowiecze było epoką magii ‒ również za sprawą grymuarów, czyli magicznych ksiąg, które studiowali chrześcijańscy mnisi i księża.

W średniowieczu praktykowano wróżbiarstwo, a poprzez kreślenie sekretnych znaków na ziemi przywoływano nadnaturalne istoty. Magiczne pierścienie służyły wykorzystaniu zaklętej w nich siły bóstw astralnych. W dawnych manuskryptach przeczytamy też o technikach umożliwiających niewidzialność, odnajdywanie zaginionych przedmiotów, zdobycie wszechwiedzy, zesłanie szaleństwa bądź zabijanie na odległość. Choć rękopisy uczące podobnych praktyk były skrupulatnie niszczone przez inkwizycję (według świadków, gdy je palono, słyszano dochodzące z ognia rozpaczliwe krzyki demonów), przetrwała dostateczna ich liczba, aby uzyskać wgląd w te zapomniane praktyki. Należy jedynie ubolewać, że dysponujemy jedynie dokumentami spisanymi przez ówczesna elitę intelektualną, a nie mamy wglądu w magię, którą stosowała niepiśmienna większość.

Czytaj dalej