
Zabójcze epidemie, które przewinęły się przez Europę Zachodnią w XIII i XVI w., stały się przyczyną mocno odczuwanych przez społeczeństwo nastrojów apokaliptycznych. Nic w tym dziwnego, jeśli przypomnieć szacunki, według których sama „czarna śmierć” mogła zredukować populację Europy nawet o ponad połowę. Istniały też argumenty teologiczno-matematyczne przemawiające za końcem świata: według obliczeń joachimitów w 1260 r. miał nadejść Antychryst. Co oczywiste, przeczucie nadchodzącego końca wywoływało nowe zjawiska religijne. Tak było w przypadku flagelantów, czyli biczowników.
Umartwianie się stanowiło normalny element życia zakonnego od najdawniejszych czasów. Cele, jakie stawia sobie biczownik, są najczęściej pokutne; praktyk przyjmuje, że chłosta jest najpewniejszą drogą do zbawienia. Istnieje na ten temat bogata literatura – wspomnijmy choćby dzieło z XI w. św. Piotr Damianiego, noszące tyleż prosty, co świetny tytuł: Pochwała samobiczowania się. Niemniej w XIII w. nastąpiło spektakularne zjawisko wyjścia tego rodzaju praktyk poza mury klasztorne. W 1259 r. (czyli na rok przed przyjściem Antychrysta) w mieście Perugia wybuchła istna „epidemia” samobiczowania się, która w niecały rok rozprzestrzeniła się na całe Włochy, docierając do Austrii i Niemiec, a nawet Polski.
Początkowo Kościół katolicki aprobował tego rodzaju praktyki; najwyżsi hierarchowie, a nawet papież Klemens VI, brali udział w krwawych procesjach.
W Perugii biczujący się mężczyźni w różnym wieku okrywali jedynie swoje przyrodzenie, gdy kroczyli ulicami miasta lub zbierali się na jakimś placu, dlatego kobiety mogły umartwiać się jedynie w swoich domach. Udział nie był jednak dobrowolny: władze miasta nakazały odgórnie pokutę trwającą 15 dni.
Co interesujące, w początkowym etapie rozwoju praktyki te były bardzo dokładnie sformalizowane, naśladowały reguły zakonne. Grupy pokutnicze miały swoich poruczników. Przykładowe śluby to: niekomunikowanie się z osobnikami innej płci, nieproszenie o nic, nieprzebywanie w jednym domu dłużej niż jeden dzień, niemycie się, oczywiście odmawianie modlitw. Niektóre stowarzyszenia ślubowały biczowanie się w trakcie trwającej 33,5 dnia pielgrzymki (każdy dzień umartwiania się odpowiadał jednemu rokowi z życia Chrystusa). Pojawiła się nowa interpretacja symboliki chrztu: biczowanie się uznano za drugi chrzest, w którym wodę zastępowała krew. W niektórych kościołach chłostano się tak mocno, że krew tryskała na ściany.
Ponoć sprawa zaczęła wymykać się spod kościelnej kontroli, gdy na ulicach pojawiły się półnagie kobiety. Rytualna chłosta pokutna stała się wtedy nie celem samym w sobie, lecz środkiem prowadzącym do… orgii, które zaczęły występować z niepokojącą regularnością. Mamy tutaj do czynienia z przewrotnym procesem: pierwotnie samobiczowanie służyło wyparciu grzesznych skłonności, a ostatecznie prowadziło do ich spotęgowania.
Podobne procesje burzyły społeczny porządek i przyczyniały się do rozwoju nader swobodnych postaw: np. niektórzy flagelanci zaczęli odrzucać sakramenty. Siłą rzeczy władze kościelne określiły procesje jako heretyckie. Stowarzyszenia biczowników, jeśli chciały przetrwać, musiały stać się stowarzyszeniami tajemnymi, tropionymi przez inkwizycję.
Warto dodać na koniec, że w tym zadawaniu sobie bólu nie chodziło tylko o ból – bat prowadził do wywołania stanów transowych i ekstaz. Istotnie, biczownicy przypisywali sobie liczne nadzwyczajne moce, np. umiejętność wskrzeszania zmarłych.
