Bez trudu jestem w stanie przypomnieć sobie moment, w którym poczułem, że Kraków, moje miasto, w którym mieszkam od urodzenia, bezwzględnie mnie truje. Było to dokładnie w chwili, gdy po raz pierwszy o tym przeczytałem, mniej więcej siedem lat temu. Dopóki bowiem na przymglonym horyzoncie nie pojawili się antysmogowi aktywiści, o smogu się w Krakowie… no właśnie, nie wiedziało? Nie mówiło? Traktowało jako oczywiste zjawisko meteorologiczne, niewarte uwagi większej niż jakaś, dajmy na to, gołoledź? Nie wiem, trudno mi samemu to zrozumieć, a co dopiero wyjaśnić. Smog może i był, ale do 2012 r. nie istniała jego świadomość. By posłużyć się tyleż wyświechtaną, co trafną analogią, byliśmy wtedy wszyscy jak ten pan Jourdain, co to odkrywa, że mówi prozą. Odkryliśmy, że oddychamy śmiercią.
Odkrycie to przyniosło traumę na miarę odwlekanej w nieskończoność, lecz nieodwołalnej medycznej diagnozy – na masową skalę. Podobnie jak świeżo uświadomiony w swej kondycji chory, przeszliśmy intensywną fazę buntu: marsze na ulicach, maski na twarzach, tablice upamiętniające ofiary smogu na murach, nawet apel do papieża Franciszka opublikowany we włoskiej prasie codziennej. Następnie przyszło nieuchronne pogodzenie się z faktem choroby i oczekiwanie, że ktoś szybko zaordynuje skuteczną terapię. Przy okazji nastąpiła przyśpieszona obywatelska edukacja, tak że właściwie do dzisiaj z każdym można w Krakowie porozmawiać o niskiej emisji czy zabudowie korytarzy powietrznych.
Minęło kilka lat, a wraz z nimi i obywatelskie wzmożenie. Masek na ulicach widać w tym roku rekordowo mało. Wczorajsi liderzy protestów dzisiaj wraz z urzędnikami różnych szczebli uczestniczą w pracach legislacyjnych i konsultacyjnych, zbyt zawiłych, by kogokolwiek miały elektryzować. Nastała swoista mała stabilizacja, moment zawieszenia – krakowski smog zniknął z nagłówków. Pozostał w powietrzu – i w naszej świadomości. Ale to właśnie zmienia wszystko.
Zmienia przeszłość. Teraz rozumiem, dlaczego kamienice od zawsze są u nas takie szare, śnieg bury, a zapachy niewyraźne. Dlaczego najprzyjemniejszą rzeczą na wakacjach zawsze był pierwszy haust powietrza. Dlaczego moja mama ciągnie za sobą po domu butlę z tlenem.
Zmienia teraźniejszość, bo Kraków stał się jakby mroczniejszy. Jeszcze bardziej schyłkowy niż zwykle, rozedrgany, niezdecydowany. Powietrze widać. Powietrze śmierdzi. Najciekawsze inicjatywy grzęzną w jałowych sporach. Kto mówi, że pójdzie na techno, zostaje w domu – i na odwrót. Sam wróciłem do palenia, stwierdziwszy, że co mi tam, a potem znów rzuciłem, bo jednak bez przesady.
Zmienia wreszcie przyszłość. Nikt nie wierzy, że od urzędniczych decyzji i działań smog zniknie w jakiejkolwiek przewidywalnej przyszłości, a to oznacza, że coś z tą przyszłością musimy zrobić na własną rękę. Co bardziej zapobiegliwi i żywo zainteresowani – wśród nich alergicy i świeżo upieczeni rodzice – już teraz wyprowadzają się z miasta, najchętniej do Trójmiasta. Wśród pozostałych nie znam już chyba nikogo, kto nie planuje lub nie marzy, żeby prędzej czy później „opuścić Gotham z Kobietą Kotem”, jak to ujął niezawodny w wyczuwaniu podskórnych drgań i skurczów Krakowa Marcin Świetlicki.
„[…] ja już nie ufam temu miastu a tak dbałem o nie a tak je chroniłem a tak walczyłem z każdym najeźdźcą […]” – pisze dalej w tym samym wierszu, trafnie, choć zapewne nieintencjonalnie puentując specyficzne poczucie zdrady, jakiej dopuszcza się ta zalewana chmarami turystów i chmurami pyłów, fatalna dla zdrowia i życia, piep…a, ukochana, przeklęta, przepiękna niecka zwana Krakowem na swoich najwierniejszych córkach i synach.