Zieleń za szybą Zieleń za szybą
i
Basia M. na podstawie rysunku Johna Tenniela
Pogoda ducha

Zieleń za szybą

Kamila Dzika-Jurek
Czyta się 8 minut

Być może to, co nazywamy dziś naturą, już wcale naturą nie jest? Przyjrzyjmy się zawiłym relacjom między miastem, lasem i nami samymi.

„Cóż to jest ta cała zieloność?” – pytała siebie Alicja z powieści Lewisa Carrolla, gdy śniąc znany wszystkim sen, obserwowała świat z odleg­łości swojej wydłużającej się nagle szyi. Carroll wydał powieść w czasach drugiej rewolucji przemysłowej, kiedy poczucie oddalania się od przyrody dopiero miało nadejść, jawiło się jeszcze jako sen. Co zatem dzisiaj może powiedzieć (wyśnić) człowiek czwartej rewolucji, epoki, w której szkło i plastik oddzielają go nie tylko od zieloności, ale także od innych ludzi?

„No, w końcu uwolniłam głowę – powiedziała Alicja uradowanym głosem, w którym pojawiła się jednak po chwili nutka trwogi, gdy odkryła, że nigdzie nie może dostrzec własnych ramion: spoglądając w dół, widziała tylko niezwykłej długości szyję, która jak łodyga wznosiła się z leżącego daleko w dole morza zielonych liści”. Bohaterka książki Carrolla w swoim śnie co chwilę doświadcza podobnych zdziwień i lęków. A to jest za mała, by wspiąć się na stolik, a to za duża, by przejść przez drzwi i uwolnić się z wnętrza pewnego domu. „Och, jakbym chciała wsunąć się w siebie jak luneta! – pomyśli Alicja, kiedy nie może się przecisnąć do ogrodu – najpiękniejszego, jaki moglibyście zobaczyć” (tłum. Maciej Słomczyński).

Wypijając więc różne eliksiry, nadgryzając kapelusze grzybów i podejrzanie podpisane ciastka, bohaterka książki Carrolla stara się jak może odnaleźć w tym świecie, przetrwać w jego nieprzyjaznych dla ludzkiego dziecka rozmiarach. Jednak poczucie niedopasowania – przykry dla samej Alicji motyw jej powieściowej wędrówki – nie zniknie, a jej sen wkrótce stanie się ważny poza fikcją. Na przykład dla nas, potomków tych ludzi nowoczesnych, którzy gdzieś w połowie XIX w. zaczęli dość gwałtownie wyrastać z zieloności.

Informacja

Z ostatniej chwili! To pierwsza z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

W głąb szklanej nory

Carroll publikuje swoją Alice’s Adventures in Wonderland w roku 1865. Kiedy więc angielska Alice trafia do króliczej nory, paryżanie przechadzają się już od co najmniej trzech dekad w pasażach. To o nich – o tych przeszklonych korytarzach („uliczkach ze szkła”), przyklejonych do kamienic, w których eksponuje się towary jak wcześniej sztukę – Walter Benjamin, eseista i społeczny wizjoner, napisze, że są najważniejszym znakiem nadciągającego właśnie snu.

Tak, snu. Bo „snem” niemiecki filo­zof nazwie nowoczesność – z jej fantasmagorycznym pragnieniem rzeczy i towarów, które szybko opanowuje mieszkańców wszystkich światowych stolic. Symbolem nowej epoki stanie się szkło witryny sklepowej. Świat, w którym rodzi się nowoczes­ny człowiek, to świat sprzed i zza szyby – niejednoznaczny, otwarty i zamknięty jednocześnie, a także jak sen pozbawiony otoczenia i wejścia („Wydało mi się dziwne, żem tyle razy przechodząc obok tego osławionego przybytku, mógł nie zauważyć wejścia doń” – napisze o jednym z paryskich pasaży Charles Baudelaire w Wielkodusznym graczu). Patrząc na sklepową gablotę, widzimy przecież jednocześnie siebie i rzeczy. Siebie pośród morza rzeczy.

To dlatego w Pasażach – jednym z najlepszych dzieł, jakie powstały na temat nowoczesności – Benjamin określi wiek XIX czasem, w którym społeczeństwa zaczęły popadać w coraz większą iluzję. Niemiecki eseista ma na myśli ruch ku sobie, zwrot w kierunku własnego wnętrza. Sklepowa gablota i lustro to ważne artefakty tamtego czasu. Ludzie zaczęli się separować od tego – jak zauważy Benjamin – w czym dotąd dorastali i co miało dla nich wartość, nawet jeśli tej wartości wcześniej nie dostrzegali, np. relacje z innymi, z ziemią (przyroda była wtedy jeszcze w przeważającej części jedzeniem). Związki, które pomagały im nie tylko przetrwać w trudnych warunkach bytowych, lecz także wychodzić poza własne interesy.

Więzi ludzko-ludzkie i ludzko-nie ludzkie, tracone na rzecz wspomnianej iluzji, to wielki drugoplanowy bohater Pasaży Benjamina. Ale też przeoczony kapitał, w który niestety nikt nie chciał inwestować w ówczesnych, rozrastających się w górę i wszerz miastach.

Jakieś gablotki

Poprawiający się komfort życia i podróżowania miał stopniowo niszczyć ludzki instynkt tworzenia wspólnot, trwania blisko ziemi i dbałości o nią. Przyszłość widziano już tylko jako ogromną, czystą i solidną. To wtedy oderwaliśmy się dosłownie od gruntu, bo industrial miał objawić swoją potęgę znacznie wyżej – w powietrzu. Szklano-żelaz­ne kolosy, powstające od końca XIX stulecia w wielkich miastach, były tego widzialnym dowodem. Hale targowe – pisał na początku XX w. szwajcarski historyk architektur­y Sigfried Giedion – „wyraźnie nawiązywały do wzorca szklarni”.

O szklanych, „szerzących czystość” domach roił przed śmiercią Seweryn Baryka, ojciec Cezarego z Przedwioś­nia Stefana Żeromskiego. „Jakieś to gablotki, do licha, nie ludzkie mieszkania!” – wykrzykuje młody Baryka, kiedy ojciec opowiada mu, jak mogą wkrótce wyglądać chłopskie chaty w powojennej Polsce. Brudne dotąd obejścia mają zostać zastąpione przez wypucowane niczym witryny sklepowe szklane domki, a nawet całe zagrody. „A cóż powiesz o szkołach szklanych! O kościołach zakwitających na wzgórzach, według marzenia i skinienia artystów, w formach tak pięknych, iż wobec nich zagaśnie i zblednie wszystko, co dotąd było” – majaczy przedśmiertnie stary Baryka. Cóż w tym dziwnego, skoro te majaki udzielały się wielu ludziom, nie w literaturze, lecz w życiu, już w połowie XIX w. i jeszcze długo później (akcja Przedwiośnia toczy się w XX stuleciu, głównie podczas pierwszej wojny światowej i tuż po niej).

Mieszkańcy stolic, metropolii, więk­szych miast wznosili się coraz wyżej i coraz łatwiej było im oddalić się od domu. Szybkość stawała się obsesją społeczeństw. Prototypem żelaznych dźwigarów, które służyły do budowy mostów, domów towarowych i mieszkalnych, były – pisał Benjamin – tory kolejowe. Najważniejszą tego konsekwencją musiały być więc zmiany w proporcjach, na razie głównie miejskiego, świata. Miasta rosły z niebywałą dotąd prędkością. Zmieniały się całe place, budowano nowe bulwary, zieleń porządkowano w parki i ogrody. Wyburzano zabytki i stare zabudowania. Paryż projektu słynnej „wielkiej przebudowy” Georges’a-Eugène’a Haussmanna z lat 1852–1870 zyskał m.in. sanitarne bezpieczeństwo, ale stracił wiele z historycznej zabudowy średniowiecznego miasta.

Wyobrażam sobie, patrząc teraz na moich rodziców, którzy zmagają się z poleceniami paczkomatu, szarpią się z biletomatem albo wykłócają z automatem na infolinii, że dorośnięcie do nowego (większego i szybszego) świata dla wielu ludzi w XIX i XX w. musiało być bardzo trudne. Może też czuli podobną bezsilność jak dziś starsze pokolenia wobec zaawansowanej technologii. Ale nie było drogi odwrotu. To niecierpliwe, kapryśne dzieci rewolucji francuskiej i kolejnych rewolucji przemysłowych miały zmienić świat na zawsze. A ich lęki, nieuświadomione marzenia, rodzące się nerwice i histerie trzeba było ukryć, zepchnąć. Gdzie? W królicze nory, w sny i w las oczywiście.

Zwrot w stronę lasu

Snami i nerwicami wkrótce zajmie się urodzony w 1856 r. w morawskim miasteczku Freiberg (dzisiaj to czeski Příbor) Sigismund Schlomo Freud. Czy to nie symptomatyczne dla tamtych czasów, że ten rezolutny chłopiec, dziecko handlarza wełną – choć handlarza kiepskiego, jak można wyczytać w biografii Freuda – wyrośnie na najsłynniejszego lekarza od marzeń sennych? Mocno przyśpieszający u progu XX stulecia świat, wraz ze swoją kapitalistycznie rozhuśtaną gospodarką, czekał na specjalistę od histerii i objaśniania niezrozumiałych wtedy jeszcze natręctw.

Wydaje się paradoksalne, że teoria Freuda pojawiła się w świecie przekonanym o wartości racjonalnego projektowania i organizacji rzeczywistości. Czy narodziny psychoanalizy – tezy, że nieświadomość (sny) jest fundamentem naszego ja – nie były ciosem wymierzonym w podstawy kapitalistycznej filozofii? W siłę ludzkiego przekonania, że można zapanować nad wszystkim – to bowiem tylko kwestia organizacji pracy, planowania i zatrudnienia odpowiedniej siły roboczej (a w rzeczywistości potężnego wyzysku przyrody i człowieka). Ciekawe, że autor Wstępu do psychoanalizy w swoich przełomowych pracach o człowieku wraca do ciemnych ludowych opowieści, do mitów, odnosi się do poezji i sztuki. Patrzy więc w kierunku odwrotnym niż wówczas nowoczesność; w kierunku, w który patrzyli dawniej ludzie przy swoich wiejskich chałupach – w stronę lasu, od wieków przedstawianego

w opowieściach ludzkich jako obszar lęków, marzeń, nieświadomych prag­nień. To tam nowocześni lekarze – Zygmunt Freud, a potem jego uczeń Carl Gustav Jung – będą szukać tajemnic ludzkiej jaźni.

Iluzja

Bo czy nie prawie wszystkie baśnie zaczynają się od wejścia do lasu, a legendy od istnienia gdzieś daleko nieprzebytej puszczy? Jesteśmy zanurzeni po uszy w zielonym (w ciemnozielonym), choć wiemy, jak wyraźna jest granica pomiędzy lasem a domem. Ba! Wiedzą o tym już dzieci, którym tłumaczymy to poprzez bajki. Las to miejsce, w którym traci się kontrolę nad sobą, racjonalny kompas wariuje. „A jeśli nie wrócimy do domu?” – pomyślą Jaś i Małgosia, Czerwony Kapturek, ale też Ryjek z Muminków. A jednocześ­nie las to jedyny obszar, w którym możemy konfrontować się z naszymi najciemniejszymi lękami. Las to swoiste lustro pozwalające stanąć twarzą w twarz z samym sobą, z sobą prawdziwym i całym.

Zawsze trochę z zazdrością, ale i z ironią patrzę na zdjęcia drzew (czasem całych lasów) za oknami nowoczesnych willi. Wielkie jak całe moje mieszkanie salony w domach, zbudowanych jakby w środku puszczy – od bujnej zieloności oddziela je tylko ciągnąca się od podłogi do sufitu cienka szyba. Nieważne, czy jest to Wietnam, czy Polska. Trudno oczywiście nie patrzeć na to jako na znak zamożności właścicieli, ich pozycji społecznej albo przynajmniej spełnionego snu turysty. Na instagramowych zdjęciach Anny Lewandowskiej za ogromnymi oknami pokoju, w którym ćwiczy, widać okazałe drzewa i ogród. Spoglądam na nie, myśląc o iluzji, w której trwamy od przynajmniej dwóch wieków. Z jednej strony, patrząc na zieloność, widzimy siebie sprzed wielu lat, z drugiej zaś – spojrzenie to wydaje się już zmącone, sfałszowane przez iluzje internetowych witryn i ciekłokrystalicznych ekranów.

To pęknięcie we współczesnym człowieku uzmysławia mi Jim – bohater niedawno wydanej w Polsce powieści Davida Vanna Halibut na Księżycu. W jednym z fragmentów książki Jim również patrzy na drzewa (rozszalałe, bo jest burza) za wielką szybą pokoju. Odbywa się tam właśnie jego sesja terapeutyczna, ponieważ od wielu lat choruje na depresję: „Doktor Brown może wcale nie mieć doktoratu. Nie jest to oczywiste. Ma za to w domu przeogromną szklaną ścianę wychodzącą na gęsty las, teraz wszystkie drzewa poruszają się na wietrze. Jim z bliska przygląda się burzy, a to porównanie wydaje mu się nagle idealną metaforą dla terapii, więc się uśmiecha. – Dlaczego się uśmiechasz? – pyta doktor Brown. – Ma Pan moją głowę w swoim ogrodzie. Dlatego jest tu takie duże okno. Wie pan, że nikt nie będzie potrafił patrzeć na las i nie widzieć siebie”.

No właśnie.

Czytaj również:

System samowystarczalny System samowystarczalny
i
ilustracja: Karyna Piwowarska
Ziemia

System samowystarczalny

Permakulturalni
Łukasz Nowacki

Jej rozważnie dobrane elementy zapewniają ekologiczną równowagę, niezakłócony obieg materii ożywionej i nieożywionej. System doskonały, holistyczne perpetuum mobile tworzone przez człowieka w partnerstwie z naturą. Czy permakultura to klucz do produkcji zdrowej żywności w czasach kryzysu ekologicznego?

Pamiętacie te czasy, kiedy podczas wakacyjnych miesięcy całe dnie spędzało się na podwórku – budując domki na drzewach, grając w piłkę, w „noża”, bawiąc się w podchody – i kiedy nie istniało pojęcie nudy? Był rok 1996, miałem 13 lat i tak jak większość moich rówieśników główkowałem, co ciekawego będę robił kolejnego dnia wakacji. Z perspektywy lat mogę śmiało stwierdzić, że nie byłem typowym nastolatkiem. Od moich koleżanek i kolegów odróżniałem się tym, że poświęcałem mnóstwo czasu na akwarystykę i książki o tematyce fantastycznonaukowej. Często zaszywałem się w „tajnej” bazie, czytając dzieła jednego z moich ulubionych autorów – Arthura C. Clarke’a. Tamtego lata moją wyobraźnię całkowicie pochłaniały Piaski Marsa. Akcja powieści toczy się na początku XXI w. Przedstawia historię lotu rakiety Ares i trudy pierwszych kolonizatorów zajmujących się terraformowaniem Czerwonej Planety.

Czytaj dalej