Co można wyjaśnić, odwołując się do istnienia niewidzialnych światów? Na przykład wszystko. Tak przynajmniej sądzono przez lata.
William Barrett był zafascynowany płomieniami. Gdy w latach 60. XIX w. pracował w Royal Institution w Londynie jako asystent wybitnego naukowca Johna Tyndalla, zauważył, że reagują one na wysokie dźwięki – pod ich wpływem stają się spłaszczone i przybierają sierpowaty kształt niczym „wrażliwa, niespokojna osoba, która nerwowo wzdryga się przy najmniejszym odgłosie”. Barrett był pewien, że w tym „niewidzialnym połączeniu” płomieni i dźwięków pośredniczy coś niematerialnego i nieuchwytnego, kojarzącego się „raczej ze sztuczką iluzjonisty niż z uniwersyteckim wykładem”.
W końcu doszedł do wniosku, że niektórzy ludzie – podobnie jak wrażliwe płomienie – są szczególnie podatni na niewidoczne wibracje, na „siły, których nie wyczuwają nasze zmysły”. I że mogą oni odbierać wiadomości od nadprzyrodzonych bytów, znajdujących się pomiędzy światem fizycznym a duchowym – to zjawisko miało tłumaczyć telepatię.
Taki wniosek w ustach naukowca brzmi co najmniej dziwnie i zaskakująco. Wszystko to działo się jednak pod koniec XIX stulecia, gdy fizyka zaczynała coraz bardziej koncentrować się na niewidzialnych zjawiskach, takich jak pola magnetyczne, ludzie dziwili się odkryciom „emanacji”, w tym promieniom X i zjawisku radioaktywności, a wynalezienie radia dowiodło, że niewidzialna telekomunikacja jest możliwa. Niełatwo było odróżnić to, co prawdopodobne, od tego, co fantastyczne. Część badaczy przewidywała nowy mariaż nauki i religii, który miał doprowadzić do przedstawienia teoretycznego dowodu wiary, np. w nieśmiertelność duszy. Pojawiły