Buszujący w zbożu Buszujący w zbożu
i
zdjęcie: Pictorial Press Ltd./Alamy Stock Photo
Ziemia

Buszujący w zbożu

Sylwia Niemczyk
Czyta się 12 minut

Żeby nakarmić świat, trzeba wizji, uporu i niespożytej siły. W każdym razie właśnie tym dysponował Norman Borlaug, któremu raz taka sztuka się udała.

Na pomniku w Delhi stoi w codziennym kapeluszu i rozpiętej pod szyją koszuli, rękawy ma podwinięte aż za łokcie. Bez marynarki i krawata wygląda, jakby na cokół wskoczył prosto z pola. Nawet jeszcze mruży oczy – kapelusz oczywiście ma rondo, ale to żadna przeszkoda dla palącego indyjskiego słońca. Tak samo zwyczajny Norman Borlaug był w prawdziwym życiu. Kiedy słyszał, że jest bohaterem albo jeszcze częściej: „ojcem zielonej rewolucji”, obruszał się, i to raczej ze złości niż z zawstydzenia. Szumne słowa nie były w jego stylu, podobnie jak figury z brązu i piedestały. Na noblowskie wyróżnienie zareagował chyba z jeszcze mniejszym entuzjazmem niż Wisława Szymborska (która na wieść o nagrodzie bardzo się zdziwiła, a gdy dziennikarze zapytali o emocje, wyraziła nadzieję, że nie przewróci jej to w głowie). Telefon z informacją, że właś­nie Borlaugowi została przyznana Pokojowa Nagroda Nobla, odebrała jego żona Margaret, bo chociaż w Meksyku była dopiero czwarta rano, on przebywał już wśród swoich upraw. Pojechała go szukać, znalazła pochylonego – jak zawsze – nad jakąś łodyżką. „Ktoś sobie z ciebie zażartował” – stwierdził. I nawet kiedy w końcu uwierzył, nie dał się namówić na świętowanie. Powiedział, że przyjedzie do domu, gdy skończy to, co ma do zrobienia, i wrócił do swojej pszenicy.

W tej opowieści ważne jest, gdzie urodził się jej bohater. Było to w Iowa, rolniczym stanie USA, wchodzącym w skład tzw. Pasa Kukurydzianego. Jak większość rówieśników z tej okolicy miał norweskich dziadków, którzy niegdyś wyemigrowali za chlebem z rodzimej wsi na amerykańskie równiny. Gospodarstwo, na którym wychował się z siostrami i pracował od najmłodszych lat, liczyło 43 hektary. Ziemię uprawiano ręcznie albo z użyciem koni – pierwszy traktor pojawił się tutaj, gdy Norman był już nastolatkiem. Wyrósł ze świadomością, że jedzenie rodzi się w ziemi z milimetrowego ziarenka. Jednak zanim trafi na stół, człowiek musi się o nie zatroszczyć.

Tak samo ważny jak miejsce będzie rok jego narodzin – 1914. Miał 15 lat i kilka miesięcy, kiedy w pewien czwartkowy poranek pod koniec października akcje nowojorskiej giełdy zanurkowały i rozpoczęły się lata wielkiego kryzysu. Norman nie pochodził z zamożnej rodziny; podczas studiów musiał zarabiać na siebie, nie zawsze miał co jeść – podobnie jak wielu z jego pokolenia.

Informacja

Z ostatniej chwili! To przedostatnia z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Jako 20-latek łapie dorywcze zajęcia; bywa, że pracuje wyłącznie za jedzenie. Podczas wakacji przed ostatnim rokiem studiów zostaje zatrudniony przez służbę leśną, a podlegli mu pracownicy są przysłani przez Cywilny Korpus Ochrony Przyrody – organizację rządową, której głównym celem było przeciwdziałanie wzrostowi przestępczości wśród bezrobotnych mężczyzn w wieku 18–25 lat. Borlaug kieruje niedużą grupą chłopców; wielu z nich jest niedożywionych, wychudzonych, pełnych napięcia. Kiedy zaczynają lepiej się odżywiać, zmienia się nie tylko ich wygląd. Także zachowanie staje się inne, z oczu znika ciągła czujność. Obserwacja tego procesu robi na nim ogromne wrażenie.

Wielki wpływ na Borlauga miało też inne wydarzenie, trochę wcześniejsze. W 1934 r. 20-letni Norman jest świadkiem krwawych zamieszek w Minneapolis (gdzie studiuje) będących częścią tzw. mlecznych wojen. Od 1932 r. hodowcy krów w proteście wobec niskich cen skupu mleka – ustalanych odgórnie przez rząd – wylewają na ulicach miast setki litrów białego płynu mimo powszechnie panującego głodu. Dołączają do nich inni producenci żywności, żądający większej pomocy od państwa: koszty wytworzenia mięsa czy nabiału są wysokie, a ceny za niskie. Naprzeciw nich stają zwykli ludzie, którzy nie mogą spokojnie patrzeć na niszczenie produktów, ale też policja wyposażona w ostrą broń. Tamtego dnia, kiedy 20-letni Norman przebywał w centrum miasta, doszło do kolejnej brutalnej konfrontacji z rządowymi siłami. Podczas pracy w służbie leśnej zobaczy, jak zmieniają się ludzie, kiedy w końcu przestają głodować. Teraz, w czasie ciągnących się od maja do sierpnia strajków w Minnea­polis, na własne oczy przekonuje się, że głód nie uszlachetnia, lecz zawsze niszczy – zarówno pojedynczego człowieka, jak i całe społeczności. „To wszystko zostawiło we mnie blizny na zawsze” – powie wiele lat później.

Dostatek zmienia

W 1938 r. Borlaug ma 24 lata, licencjat z leśnictwa i żonę (tę samą Margaret, która prawie 40 lat później powie mu o Noblu). Nie ma za to pracy. Kryzys powoli się kończy, subsydia państwowe wygasają, służba leśna, w której był zatrudniony przez ostatni rok jako konny strażnik, zwalnia pracowników. Udaje mu się uprosić dawnego wykładowcę ze studiów, wybitnego patologa roślin prof. Elvina Stakmana, by przyjął go – chociaż na jakiś czas – do swojego laboratorium badawczego. Dostaje zadanie: ma oglądać preparaty pod mikroskopem. W porównaniu z poprzednią pracą, kiedy to całymi tygodniami żył w głuszy, nocując w wieży strażniczej, a w ciągu dnia tropiąc pożary – nuda. Ale niezmiernie pożyteczna.

Na mikroskopowych szkiełkach znajdują się zarodniki rdzy zbożowej, która od kilku lat pustoszy amerykańskie i meksykańskie pola. To gatunek pasożytniczego grzyba wywołującego rzadką już dzisiaj, ale kilkadziesiąt lat temu trudniejszą do opanowania chorobę pszenicy. Kiedy przenoszone z wiatrem zarodniki dosłownie spadną z nieba, wnikają w zdrową tkankę rośliny. Na źdźbłach pojawiają się rdzawe (stąd nazwa) plamki, które następnie czernieją – po tym etapie roślina obumiera. Plony z pola dotkniętego zarazą są nie tylko mniejsze, lecz także dużo niższej jakości. Tuż po wyjściu z bolesnego kryzysu gos­podarczego epidemia rdzy jest ostatnią rzeczą, której potrzeba umęczonym biedą i głodem ludziom. Fitopatolodzy szukają sposobu, jak jej zaradzić. Szkiełka są wystawiane na działanie wiatru w wielu rejonach kraju. W 1938 r. trwa sprawdzanie: jakimi drogami wędrują zarodniki, na jakiej wysokości są przenoszone – te odkrycia pomogą zdusić chorobę, nomen omen, w zarodku.

Borlaug, jeszcze do niedawna strażnik leśny, a wcześniej futbolista i zapaśnik, lubi adrenalinę. I okazuje się, że oglądanie szkiełek mu jej dostarcza. Swoje ślęczenie nad mikroskopem postrzega jako walkę z głodem, a to przeciwnik najgroźniejszy z możliwych. Wraca na uniwersytet – już nie na leśnictwo, ale na studia rolnicze. Zajmuje się kolejnymi pasożytniczymi gatunkami, niszczącymi uprawy, szuka genów odporności, dzięki którym rośliny nie poddają się grzybicom. Za namową swojego mentora, prof. Stakmana, zostaje na studiach doktoranckich – co pewnie zdziwiłoby jego nauczycielkę z pierwszych lat szkolnych, która namawiając kiedyś rodziców, by pozwolili mu na dalszą naukę, tłumaczyła, że chociaż ich syn uczonym nie zostanie, to jest na tyle bystry, że żal byłoby go skazać jedynie na pracę w polu. Znając te jej prognozy, można się cieszyć, że nie zajmowała się zapowiadaniem pogody: Norman Borlaug nie tylko uzyskał tytuł doktora nauk w zakresie patologii roślin, lecz także przez kolejnych prawie 40 lat właściwie nie schodził z obsianych zbożem pól – meksykańskich, indyjskich czy etiopskich.

Ziarnko do ziarnka

W Meksyku ziemię uprawiano od tysiącleci, znaczna część kraju jest zaliczana do tzw. kolebek rolnictwa (nazywanych też ośrodkami Wawiłowa – od nazwiska naukowca, który zlokalizował takie miejsca na świecie). Jednak intensywne uprawy wyjałowiły ziemię i stały się jedną z przyczyn tamtejszego kryzysu. W czasie, kiedy Norman Borlaug kończył swój doktorat, w Meksyku z rolnictwa utrzymywało się 80% społeczeństwa, ale było to życie na granicy nędzy. O ogromnej nieefektywności tamtejszych upraw świadczą liczby: ówczesny meksykański rolnik na tej samej powierzchni pola produkował 50 razy mniej niż jego sąsiad zza północnej granicy. Meksyk, mimo niegdyś żyz­nych powulkanicznych gleb, musiał importować pszenicę i kukurydzę, które były podstawą tamtejszego żywienia.

Kiedy Stany Zjednoczone podpisały z meksykańskim rządem umowę o współpracy, do Borlauga zgłosiła się Fundacja Rockefellera, przedstawiając mu propozycję nie do odrzucenia. Otóż miałby zwolnić się z nowej, dobrze płatnej pracy i wyjechać do środkowego Meksyku, by tam – w zdezelowanym baraku zaadaptowanym właśnie na laboratorium biochemiczne – szukać sposobu na zwiększenie plonów. Oczywiście się zgodził. W artykule opublikowanym na łamach „The Economist” w 2009 r. (po śmierci noblisty) opisano warunki, jakie zastał po przyjeździe na miejsce: pamiętany jeszcze z dzieciństwa prymitywny sprzęt rolniczy, śpiwór na strychu laboratorium i zimno, które każdej nocy wybudzało go ze snu – chyba że wcześniej zdążyły już to zrobić szczury, dawni lokatorzy baraku. Z tego wszystkiego Borlaugowi najbardziej przeszkadzał brak traktora, co jednak wcale nie znaczy, że bezczynnie czekał na jego sprowadzenie: w tygodniu sam siebie zaprzęgał do pługa, a w niedziele pożyczał ciągnik od jednego z bogatszych miejscowych rolników. Pracował na okrągło. Tak jak kilka lat wcześniej, gdy ślęczał nad szkiełkami mikroskopowymi, teraz też zdawał sobie sprawę, że prowadzi wyścig z głodem.

Dużo można o Normanie Borlaugu powiedzieć dobrego, ale na pewno nie to, że był romantykiem. Jedno z jego marzeń dotyczyło zlikwidowania wysokich, malowniczych łanów i zastąpienia ich pszenicą (oraz kukurydzą) o jak najkrótszej łodydze. Niskie źdźbła rosną szybciej i nie łamią się pod ciężarem kłosa, jednak stworzenie takiej linii było trudne i czaso­chłonne. Do tej pory dominowały rośliny o genach długich łodyg – przecież w prowadzonej przez wieki walce o przetrwanie mogły utrzymać się wyłącznie te, które się wybiły, dzięki czemu chłonęły świat­ło słoneczne.

Aby dojść do odmiany odpornej na choroby, łatwej w uprawie, szybko rosnącej i dającej wartościowe ziarno, Borlaug przez lata przeprowadził 6 tys. krzyżówek. Sprowadzał ziarna nawet z Afryki i Azji, nowe rodzaje pszenicy sadził na różnych obszarach kraju: bardziej suchych i nasłonecznionych, a także tych, gdzie świat­ła jest mniej. Jego pszenica miała dawać plony w każdych warunkach, w tych najbardziej sprzyjających – nawet dwa razy w roku. Pęsetą usuwał pręciki z krzyżowanych odmian, aby nie dopuścić do samozapylenia. Żmudna, czasochłonna codzienna praca. I do tego czasem kończąca się porażką: nie wszystkie odmiany spełniały oczekiwania naukowca. Ale rzucił ją tylko raz – i zaledwie na jeden dzień – kiedy początkowo Fundacja Rockefellera nie zezwoliła na rozszerzenie eksperymentalnych upraw. Zgoda nadeszła kolejnej doby, a niedługo później krzyżowe odmiany zaczęły zdobywać zaufanie meksykańskich rolników. Paradoksalnie pomogła w tym rdza zbożowa. Gdy kolejny raz na innych polach dotknięte nią zboże wyległo (czyli źdźbła łamały się przed zbiorami), niska pszenica Borlauga – odporna na grzybicę – stała i rosła.

W 1956 r. Meksyk po raz pierwszy nie musi importować zboża z innych krajów. W 1959 r. produkcja pszenicy jest 14 razy większa, niż była wtedy, kiedy naukowiec zaczął swoją pracę w starym, zrujnowanym baraku. A rok później Borlaug po raz pierwszy wyjeżdża do Indii i Pakistanu.

Cud w Indiach

Zawsze łatwiej policzyć ofiary tragedii niż ludzi, którzy ocaleli. W przypadku tych ostatnich można tylko przypuszczać, mierzyć ryzyko. W latach 60. XX w. naukowcy wieszczyli, że już wkrótce, w ciągu najbliższych lat zabraknie żywności dla setek milionów ludzi na całym świecie – prognozowano, że ofiar będzie więcej niż kiedykolwiek wcześniej. Jako jeden z najbardziej narażonych obszarów wymieniano Azję Południową, gdzie powodami przewidywanego głodu miały być gwałtownie rosnąca populacja, susze i nierozwinięte rolnictwo. W dodatku, paradoksalnie, można się było spodziewać, że jedzenia zabraknie przede wszystkim dla tych, którzy je wytwarzali – tak przecież było podczas innych klęsk głodu, chociażby tej w Indiach w 1943 r., w trakcie której umarło, według najbardziej prawdopodobnych szacunków, 2 mln ludzi.

„Ja nie jestem z tych, którzy siedzą bezczynnie. Jeśli mogę wnieść coś wartościowego do tego świata, wiedząc, że nasze badania są wiarygodne i naprawdę jesteśmy w stanie znacząco podnieść produkcję, zagram tymi kartami i zrobię to z pełną mocą” – słowa Borlauga można znaleźć na YouTubie, w filmiku zrealizowanym w 2020 r. z okazji 50. rocznicy przyznania mu Nagrody Nobla. Podczas pierwszego, rekonesansowego pobytu w Indiach miał poczucie, że przeniósł się w czasie i przestrzeni: te same co 20 lat wcześniej w Meksyku nędzne poletka i dzieci z tak samo głodnymi oczami. W marcu 1963 r. przybył do Indii po raz drugi, tym razem już na oficjalną prośbę tamtejszego rządu – i z własną pszenicą. Swoją uwagę i wysiłek, a także wyhodowane ziarno, podzielił na dwa wrogie wobec siebie kraje: Indie i Pakistan, oba wyniszczone kolonializmem i zmagające się z brakiem żywności.

Po odzyskaniu przez kraj niepodległości 90% Indusów mieszkało na terenach rolniczych, ale sposoby uprawy roślin przez kilka ostatnich stuleci prawie się nie zmieniły. Wciąż powszechnie stosowano drewniane pługi, do których zaprzęgało się byki, oraz uprawiano stare odmiany zbóż dające niewielki plon. Tymczasem w latach 40. i 50. kraj odnotowuje skokowy przyrost populacji. Spis powszechny z 1951 r. ujawnił, że zaledwie w ciągu dekady na terenie, który po podziale w 1947 r. przypadł Indiom, przybyło ponad 40 mln ludzi. Aby produkcja żywności nadążyła za tak ogromną zmianą demograficzną, trzeba byłoby cudu, tymczasem Indie pogrążone są w wewnętrznych i międzynarodowych zatargach – to spadek po czasach, kiedy stanowiły część imperium brytyjskiego. Kraj, przez lata wyzyskiwany gospodarczo, po drugiej wojnie światowej zależał od pomocy światowych mocarstw, a te nieraz okrutnie wykorzystywały swoją dominację (np. w drugiej połowie lat 60. Stany Zjednoczone wstrzymały na jakiś czas dostawy zboża, bo w ten sposób chciały wymóc na Indiach poparcie w wojnie z Wietnamem).

W „indyjskim” okresie Borlaug – kursujący między Azją a Meksykiem, gdzie została jego rodzina i eksperymentalne pola – zgodnie z tym, co mówił, gra swoimi kartami naprawdę mocno. Kiedy w 1965 r. wybuchła kilkutygodniowa tzw. druga wojna indyjsko-pakistańska, siał – dosłownie – z kulami przelatującymi mu nad głową. W ciągu paru lat oba kraje stały się samowystarczalne: Pakistan, jeśli chodzi o pszenicę, a Indie w zakresie wszystkich zbóż. W tym drugim kraju produkcja samej pszenicy wzros­ła z 50 mln ton w 1950 r. do 79 mln ton w roku 1964 i do ponad 95 mln w roku 1968. Pierwsze lata obfitości były tak wielkim zaskoczeniem, że indyjskie władze musiały zamykać szkoły i przekształcać je w magazyny.

Ogromna zmiana, jaka zaszła w indyjskim rolnictwie, została nazwana zieloną rewolucją, a Normana Borlauga obwołano jej ojcem. Dzięki jego badaniom zaczęto wprowadzać odmiany zbóż odporne na choroby i dające wysokiej jakości plony. Zasady tej rewolucji rozprzestrzeniły się na kolejne kraje: Chiny, Brazylię, Chile, Sudan czy Filipiny, gdzie wyhodowano niską odmianę ryżu. Głód nie zniknął – do dzisiaj występuje w różnych rejonach świata, także w Indiach. Ale w tamtym momencie groźba śmierci setek milionów ludzi została zażegnana. Zanim jeszcze Apollo 11 wylądował na Księżycu, co przez wielu będzie uznawane za największe osiągnięcie nauki, nieznany szerzej amerykański fitopatolog norweskiego pochodzenia, który od statku kos­micznego woli sprawny traktor, ocalił niezliczone ludzkie istnienia.

Nagroda dla żywiciela

„W większym stopniu niż jakakolwiek inna osoba naszych czasów pomógł zapewnić chleb głodującemu światu. Mamy nadzieję, że to przyniesie też pokój” – tak Norweski Komitet Noblowski uzasadnił przyznanie Borlaugowi Pokojowej Nagrody Nobla. Ten jednak uznał, że komitet się pomylił. W mowie noblowskiej podkreślił, że był zaledwie jednym z wielu trybików połączonych ze sobą i działających w tej samej sprawie. „Mnóstwo organizacji, tysiące naukowców, miliony rolników, głównie małych i skromnych” – wyliczał. Zaprotestował również przeciwko pominięciu głównego teoretyka zielonej rewolucji, prof. Stakmana, oraz Jacoba George’a Harrara, przewodniczącego Fundacji Rockefellera (już dawno mu wybaczył, że ten kiedyś z początku nie zgodził się na rozszerzenie eksperymentalnych upraw w Meksyku). Ta niesprawiedliwość tak bardzo nie dawała mu spokoju, że wysłał nawet do obu listy z zapewnieniami, że gdyby to od niego zależało, nagroda dawno byłaby w ich rękach.

Borlaug był idealistą, przeciwdziałanie głodowi traktował jako imperatyw moralny, ratowanie ludzkiego życia uważał za najważniejsze. Jednocześnie – choć świadomość ekologiczna była wówczas o wiele mniejsza niż dzisiaj – naukowiec rozumiał, że jego metody są dobre tylko na krótką metę, bo walka z głodem, aby przyniosła długotrwałe skutki, musi iść w parze z troską o środowisko (pytany, dlaczego wybrał pszenicę, tłumaczył, że jest to zboże, które wymaga najmniejszych ilości nawozów nieorganicznych). Zdawał sobie sprawę, że wysokowydajne rolnictwo z ekologicznego punktu widzenia nie jest możliwe do obrony: pestycydy zatruwają wodę, a odmiany dające większe plony wymagają sztucznego nawadniania. Grał jednak kartami, które miał.

Chociaż później jego odkrycia były wykorzystywane przez wielkie korporacje, on sam skupiał się na pomocy drobnym rolnikom: zarówno w Meksyku, jak i w Indiach prowadził dla nich szkolenia, pokazując, jak mogą uprawiać swoje poletka i wyżywić rodziny. W mowie noblowskiej zauważył, że niebezpieczeństwo braku żywności wciąż czai się tuż za rogiem: „Być może teraz jest lepiej, ale wkrótce znów może się pogorszyć, jeśli popadniemy w samozachwyt i spoczniemy na laurach”. Zależało mu na tym, by młodsi naukowcy – tak jak on w latach 50. czy 60. – wykorzystywali całą dostępną im wiedzę do aktywnego przeciwdziałania ludzkiej nędzy, nawet tej odległej.

Po 12 latach od otrzymania nagrody badacz zwrócił się do Komitetu Noblowskiego z oficjalną prośbą, aby do corocznych wyróżnień dołączyć jeszcze jedno – w dziedzinie żywności i rolnictwa. Fundacja, zobowiązana testamentem Alfreda Nobla, odmówiła, więc ustanowił własną nagrodę: World Food Prize o wartości pół miliona dolarów (Nagroda Nobla wynosi mniej więcej milion dolarów). Co roku przy okazji jej wręczania odbywa się też tzw. Dialog Borlauga – trzydniowe sympozjum, podczas którego eksperci z kilkudziesięciu krajów dyskutują nad wyżywieniem świata. A ono wciąż pozostaje palącą kwestią, tym bardziej że według oficjalnych szacunków w 2050 r. ma być nas już prawie 10 mld. Trzeba więc rozmawiać – nie tylko o produkowaniu jedzenia, lecz także (czy nawet przede wszystkim) o tym, jak go nie marnować, jak je sprawiedliwie dystrybuować, w jaki sposób wprowadzać do rolnictwa równouprawnienie płci i w ten sposób rozwijać sprawiedliwość społeczną. Wszystkie te tematy są podejmowane w trakcie corocznego Dialogu.

Przez ostatnie dwie dekady życia – a dożył 95 lat – Borlaug pracował nad zwiększeniem plonów w kilku afrykańskich krajach. Kiedy już trudniej mu było pochylać się nad rzędami pszenicy, ponownie usiadł przy mikroskopie: prawie do końca życia prowadził na teksańskim uniwersytecie badania nad nową odmianą rdzy zbożowej. Zmarł w 2009 r., dwa lata po śmierci swojej żony Margaret. „Kiedy pszenica zdrowo dojrzewa, a po polu wieje wiatr, wtedy słychać, jak jej kłosy ocierają się o siebie. Jeśli raz usłyszysz tę muzykę, nigdy jej nie zapomnisz” – powiedział w jednym z wywiadów. Szumnych słów nie lubił, ale szumu pszenicy mógłby słuchać na okrągło.

Czytaj również:

SOS dla gleby SOS dla gleby
i
ilustracja: Natka Bimer
Ziemia

SOS dla gleby

Łukasz Nowacki

Dlaczego ziemia, która nas karmi i dostarcza życiodajnej energii miliardom organizmów, znajduje się dziś w tak opłakanym stanie? Szukając odpowiedzi na to pytanie, musimy cofnąć się do początków rolnictwa, próbując ustalić, w którym momencie zaczęliśmy popełniać kardynalne błędy i przestaliśmy troszczyć się o naszą żywicielkę.

Prymitywne formy rolnictwa sięgają okresu datowanego na około 12 000 lat p.n.e., na co wskazują odkrycia archeologiczne pochodzące ze stanowiska Göbekli Tepe na terenie dzisiejszej Turcji. Przez kolejne tysiąclecia eksploatowaliśmy naturalne zasoby, nie dbając należycie o ich odnawianie i uzupełnianie, a to sprawiło, że dziś jakość naszego pożywienia budzi poważne obawy.

Czytaj dalej