Miejskie zombi
i
Dom Christiana Wulffa/ fot. Alexander Koerner (Getty Images)
Wiedza i niewiedza

Miejskie zombi

Milena Trzcińska
Czyta się 6 minut

Pod koniec 2011 roku w niemieckiej prasie ukazało się zdjęcie uśmiechniętego człowieka podlewającego ogródek. Dom widniejący w tle, mógłby być spełnieniem marzeń niejednego mieszkańca tego globu. Mężczyzna na wspomnianym zdjęciu to Christian Wulff – prezydent Republiki Federalnej Niemiec i były premier Dolnej Saksonii. Niestety dom marzenie stał się powodem jego dymisji, a zdjęcie symbolem absurdu jaki ogarnął rynek nieruchomości. Okazało się, że pieniądze na jego budowę Wulff pożyczył od wpływowych biznesmenów Edith i Egona Geerkensów. Konflikt interesów był niezaprzeczalny, a nerwowe tłumaczenia w niczym nie pomogły.

Dlaczego prezydent państwa z jedną z najbardziej rozwiniętych gospodarek świata postanawia zbudować dom, na który go nie stać, ryzykując własne stanowisko? Mógłby przecież zamieszkać w znacznie większym Pałacu Bellevue w Berlinie. Odpowiedzi na to pytanie szuka niemiecki badacz architektury i dziennikarz Niklas Maak w swojej książce Living Complex. From Zombie City to the New Communal. Stawia on tezę, że rynek mieszkaniowy wrzucił nas w kręcący się kołowrotek, z którego nie umiemy uciec – nawet jeśli zdarzyło nam się być prezydentem jakiegoś kraju. 

Własny dom to często najkosztowniejszy zasób posiadany p

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Dom Ludu
i
Casa Poporului w Bukareszcie/ Wikimedia Commons
Doznania

Dom Ludu

Błażej Brzostek

W środku zmaltretowanej stolicy Rumunii powstał pomnik pychy dyktatora. Dziś przewodnicy epatują turystów kosztownością i skalą budynku, podobno drugiego na świecie, gdy liczyć w metrach sześciennych.

Wyobraźcie sobie dyktatora, który rezyduje, dajmy na to, przy Krakowskim Przedmieściu i z nikim prócz żony nie musi konsultować swoich decyzji. Owszem, żona ma własne zdanie. Zdarza im się pokłócić w obecności doradców, którzy dyskretnie milcząc, słuchają sporu o to, pod jakim kątem nowa ulica ma przeciąć park Skaryszewski. Zwykle jego opinia przeważa, choć otoczenie szepcze, że on jest pod pantoflem. Prezydent rządzi dekretami, Sejm zbiera się, aby oklaskiwać jego mowy. Ostatnie dekrety ułatwiają skracanie rejestru zabytków, wywłaszczenia oraz wyburzenia. Ciężarówki i spychacze suną ku Saskiej Kępie. Tam miało miejsce nieszczęście: powódź uszkodziła wiele domów. Para prezydencka chodziła wśród wykrotów i ruin, w szpitalach pochylała się na dziećmi. Dostrzegła też szansę na przemianę stolicy, nie dość monumentalnej: gmach Sejmu jest mały, Sala Kongresowa przestarzała, Muzeum pęka w szwach. W ratuszu i stowarzyszeniu architektów naradzano się i nasłuchiwano. Wyciągnięto przedwojenne plany wielkiej dzielnicy, która miała być wzniesiona na wystawę światową, i posłano „na górę”. 

Czytaj dalej