Ciemna, gęsta maź nazywana olejem skalnym znana była od starożytności, ale dopiero 170 lat temu pokazała, co potrafi. Zadebiutowała jako nafta do lamp oświetlających salę operacyjną we lwowskim szpitalu. Wkrótce rozpaliła serca oraz umysły przedsiębiorców, napędziła silniki globalnych przemysłów i wielkie bogactwo. Związek ludzkości z ropą to historia uzależnienia i bycia na haju. Czy się z niego otrząśniemy?
Informacje są sprzeczne. Trudno z nich wnioskować, czy jej epoka niedługo się skończy, czy dopiero wchodzi na najwyższe obroty. A może jedno i drugie? Jedno jest pewne: ropa naftowa wciąż pozostaje w centrum wydarzeń.
Wiosną 2022 r. Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) ogłosił raport wskazujący, że przy utrzymaniu się obecnych tendencji emisji gazów cieplarnianych temperatura globalna podniesie się w niedługim czasie nie o 1,5°C – do progu uważanego przez naukowców za barierę, po której przekroczeniu nastąpią najstraszliwsze konsekwencje globalnego ocieplenia – ale aż o 3°C. Pędzimy więc w przepaść z prędkością odrzutowca napędzanego ropą. Sekretarz generalny ONZ António Guterres tak skomentował powyższe doniesienia: „Inwestowanie w produkcję paliw kopalnych oraz wykorzystujące je elektrownie to moralne i ekonomiczne szaleństwo”.
Od dekad wiemy, że na rosnącą emisję gazów cieplarnianych i wzrost globalnej temperatury kluczowy wpływ mają kopalne surowce energetyczne, takie jak węgiel kamienny, ropa naftowa czy gaz ziemny. Od lat 70. XX w. i słynnego raportu Klubu Rzymskiego trwają międzynarodowe prace nad zmniejszeniem tej emisji i przejściem na odnawialne źródła energii. Światowi decydenci wiedzą, że konieczna jest szybka redukcja wydobycia ropy, gazu i węgla, a także zablokowanie nowych inwestycji w kopalnie i szyby. Niestety kolejne porozumienia pełne są ogólników. Jak choćby to z lipca 2023 r., w którym kluczowi uczestnicy transportu morskiego (odpowiada za 3% globalnych emisji gazów cieplarnianych) zapowiedzieli, że około 2050 r. postarają się osiągnąć zerową emisję CO2 netto – czyli będą w stanie wychwycić go tyle, ile wyemitują. „Postarają się” i „około” – takich mglistych sformułowań w dokumentach klimatycznych jest wiele. Mnożą się deklaracje, powtarzane nawet w obecności prezydentów tych państw (np. wyspiarskiego Tuvalu), których zniknięcie na skutek topnienia lodowców i wzrostu poziomu oceanów ma nastąpić jeszcze przed końcem stulecia. Żadna dramatyczna informacja nie wystarcza, by przykręcić kurek z ropą. Przeciwnie, naftowa autostrada cały czas się poszerza.
Co za piękne deklaracje!
Nawet uznawany za jednego z największych orędowników przejścia na zieloną energię amerykański prezydent Joe Biden i jego administracja zatwierdzili w tym roku kosztujący 8 mld dolarów projekt wydobywczy „Willow” realizowany przez korporację ConocoPhillips. Jego celem są nowe odwierty ropy i gazu na północnym zboczu Alaski. Będzie to jedno z największych przedsięwzięć kopalnianych w całych Stanach Zjednoczonych. Protestują rdzenni mieszkańcy i obrońcy środowiska. Nazywają projekt „karbonową bombą”, która wybuchnie w Arktyce. I pytają, co ta decyzja ma wspólnego z ambitnymi celami obniżenia emisji, jakie prezydent forsuje w Kongresie.
Tymczasem krytycy z całego świata zastanawiają się, jak to możliwe, że planowana na grudzień 2023 r. konferencja klimatyczna COP28 ma się odbyć w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – kraju