Przyczajony tygrys, ukryty smok Przyczajony tygrys, ukryty smok
i
zdjęcie: Blake Meyer/Unsplash
Wiedza i niewiedza

Przyczajony tygrys, ukryty smok

Tomasz Wiśniewski
Czyta się 13 minut

Zwolennicy mięsnej kuchni nieraz powołują się na prehistoryczne zwyczaje homo, jednak dużo wskazuje na to, że nasi przodkowie częściej niż zjadali zwierzęta, sami byli zjadani. Groza, jaką wywoływały w nich drapieżniki, przeniknęła do kultury.

Choć światowe mitologie pełne są potworów i krwiożerczych bóstw, zgodnie z XX-wiecznymi teoriami należy myśleć o nich raczej w kategorii symboli – reprezentujących przede wszystkim pewne procesy psychiczne. W świetle tych koncepcji zmagania ze smokiem można zatem postrzegać jako ukrytą za poetyckimi metaforami walkę duszy o wyzwolenie. Widać jednak wyraźnie, że teorie Carla Gustava Junga czy Josepha Campbella wynikają z ograniczonej perspektywy zachodniej, w której zagrożenie ze strony drapieżników nie odgrywa praktycznie żadnej roli. Tymczasem nie brakuje powodów, by sądzić, że pewne mityczne monstra należy traktować raczej dosłownie.

Myśliwi czy zwierzyna?

W myśleniu potocznym, a także w dyskusjach naukowych pokutuje antropocentryczny obraz naszych dalekich prehistorycznych przodków. Bestsellerowe książki Roberta Ardreya rozpropagowały „hipotezę łowcy”, wyobrażenie o polujących (na inne zwierzęta i na siebie wzajemnie) człowiekowatych, których następcy – wyposażeni już w dzidy i łuki – zdominowali świat zwierząt, stopniowo uzyskując władzę nad planetą.

Argumenty przemawiające za takim obrazem dziejów są bardzo słabe, a rozumowania wspierające tę hipotezę mogą stać się łatwym celem drwin. Bazują one bowiem w dużym stopniu na XIX-wiecznej teorii przeżytków, a więc takich zachowań i praktyk, które dziś właściwie niczemu nie służą, jednak – jako świadectwa sposobu funkcjonowania z przeszłości – udało im się przetrwać. Nie tylko współczesne wojny, lecz także wszelka skłonność do rywalizacji, w tym rozmaite formuły sportowe – wszystko to, choć nie jawi się dziś jako konieczne do przetrwania, miałoby być „przeżytkiem”, pozostałością dawnej agresywności hominidów, która była dla nich „naturalna”. Jak pragną zwolennicy podobnych koncepcji, bez „hipotezy łowcy” nie można zrozumieć różnych zachowań współczesnego człowieka – polowania, przyjemności z torturowania innych, organizowania igrzysk olimpijskich itp.

Informacja

Z ostatniej chwili! To druga z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Jak jednak zauważyli antropolodzy Donna Hart i Robert W. Sussman w książce Man the Hunted: Primates, Predators, and Human Evolution (Człowiek ścigany. Naczelne, drapieżniki i ewolucja człowieka), równie dobrze można by dowodzić, że to nie łowiectwo, lecz taniec definiuje naturę człowiekowatych. Współcześnie mężczyźni i kobiety w wielu znanych kulturach tańczą dla przyjemności i nie ma to żadnego oczywistego sensu praktycznego. W ramach tej sarkastycznej kontrteorii staje się jeszcze jaśniejsze, dlaczego człowiekowate zeszły z drzew na ziemię i zaczęły chodzić na dwóch nogach w pozycji wyprostowanej – wszystko po to, by móc lepiej tańczyć. Prehistoryczne szczątki wcale nie muszą być fragmentami broni, mogą to być np. pałki perkusyjne itd. Pod pewnymi względami „hipoteza tancerza” ma więcej zalet niż „hipoteza łowcy”. Co więcej, badania anatomiczne dotyczące fizjologii wczesnych człowiekowatych wcale nie potwierdzają, by mięso stanowiło podstawę ich diety. Wielkość i kształt zębów, ich zużycie, biomechanika szczęki analizowanych szczątków australopiteków różnią ich od współczesnych ludzi i nie wskazują na regularne spożywanie mięsa. Skrupulatnie przebadany przypadek Lucy, żeńskiego szkieletu sprzed 3,2 mln lat, wskazuje na to, że żywiła się ona liśćmi, owocami, nasionami i bulwami. Współcześni propagatorzy mięsożerstwa bardzo często zapominają, że ludzki organizm nie „wyspecjalizował się” w trawieniu surowego mięsa – dopiero gotowanie czy pieczenie omija tę kwestię. Nawet obecnie, pomijając mieszkańców Europy Zachodniej, Ameryki Północnej oraz Inuitów, dla większości ludzi mięso stanowi jedynie dodatek do diety. Samo łowiectwo nie było też wystarczającym warunkiem naszego spektakularnego rozwoju. Szympansy przecież także sporadycznie polują, niekiedy nawet z użyciem narzędzi.

Krytycy „hipotezy łowcy” zwrócili uwagę na to, że bazuje ona w większym stopniu na specyficznych zachodnich uprzedzeniach niż na danych paleontologicznych. Chrześcijańska tradycja nauczyła nas postrzegać stan „naturalny” jako „dziki”, „grzeszny” – rezultat grzechu pierworodnego. Z tego powodu wszelkie nieochrzczone, „niecywilizowane” plemiona jawiły się jako niemoralne i prawdopodobnie właśnie dlatego XX-wieczni teoretycy mieli skłonność do postrzegania prehistorycznych małpoludów jako jednostek agresywnych i krwiożerczych. W rzeczywistości łowiectwo to późna aktywność hominidów. Pierwsze mocne świadectwa dotyczące systematycznego polowania na dużą skalę pochodzą sprzed 60–80 tys. lat, podczas gdy człowiekowate liczą jakieś 7 mln lat. W świetle aktualnych danych prawda o przeszłości hominidów wygląda mniej heroicznie i zwycięsko. Wydaje się, że przez większość czasu polowano raczej na naszych przodków – będących nie mięsożercami, lecz źródłem mięsa dla innych drapieżników.

Ludojady ciągle groźne

W dzisiejszym zachodnim świecie dzikie zwierzęta stanowią skromny procent istot żywych, dlatego trudno nam zrozumieć warunki egzystencji człowieka prehistorycznego. Dane pochodzące ze społeczności niezachodnich pomagają jednak precyzyjniej wyobrazić sobie, jak wyglądała pod tym względem przeszłość. Odkrycia etnologiczne pokazują, że dla wielu ludów drapieżniki wciąż są realnym zagrożeniem: od zachodniej Afryki po ­Indonezję prasa ciągle informuje o atakach krokodyli na ludzi. Szczegó­l­nie bogatą historię potyczek z tygrysami ­i leo­pardami ma Azja Południowa. Pantery i tygrysy ludojady były prawdziwym utrapieniem lokalnych społeczności. ­Tygrysicy z Champawat żyjącej na przełomie XIX i XX w. przypisano rekordową liczbę 436 zabójstw. Sundarbany to region, w którym tygrysy regularnie polują na ludzi – mówi się nawet o zjawisku „tygrysich wdów”, spotykanych tam w niemal każdej wsi. W latach 1975–1985 tygrysy zabiły po stronie indyjskiej 425 osób, po bengalskiej zaś 187. Lokalne władze rozdawały maski nakładane na tył głowy, przyjmowano bowiem, że skoro drapieżniki te atakują z ukrycia nieświadome ofiary, na widok oczu w masce powstrzymają się. Inną strategią było rozprowadzenie manekinów, których dotknięcie raziło prądem – miało to oduczyć zwierzęta napadania na człowieka.

Lwy zabijały ludzi we wszystkich regionach afrykańskich, w których występują. W latach 20. XX w. w Ugandzie jeden tylko lew zabił 84 osoby. Na początku lat 90. na granicy Mozambiku i Tanzanii w ciągu 12 miesięcy zarejestrowano 30 zgonów spowodowanych atakami tego ogromnego kota. Również w Indiach lwy siały spustoszenie. Drapieżniki z Parku Narodowego Gir w latach 1978–1991 zaatakowały ludzi 193 razy. Pewnego roku odnotowano aż 40 napaści.

Choć trudno w to uwierzyć, niedźwiedzie zabijają rocznie około 1500 mieszkańców Wyżyny Tybetańskiej. Zagrożeniem są jednak nie tylko drapieżne ssaki. W pierwszej połowie XX w. na wyspie Luzon (Filipiny) badano rdzenną ludność, kiedy ta prowadziła jeszcze nomadyczny tryb życia. Co czwarty z badanych mężczyzn przynajmniej raz został zaatakowany przez pytona. Jeśli przeżywali, to głównie dzięki maczetom. Warany z Komodo żyją na terenach odległych od siedzib ludzkich, niemniej przypadki ich śmiertelnych ataków i tak się zdarzają. Wspomnijmy wyłącznie o sprawie z 1973 r., gdy szwajcarski turysta usiadł, żeby odpocząć – zostały po nim jedynie kawałki jego kamery.

Koszmar prehistorii

Dowody na rzecz teorii, zgodnie z którą w prehistorii drapieżniki notorycznie polowały na człowiekowate, pochodzą z dwóch źródeł: z danych paleontologicznych i z obserwacji naczelnych żyjących w warunkach przypominających te, w jakich egzystowali nasi przodkowie. Badania prowadzone w latach 60. w Afryce wykazały, że australopiteki oraz inne naczelne, takie jak pawiany, stanowiły częsty posiłek tygrysów szablozębnych, hien i lampartów. Pionierem w tym zakresie był paleontolog Charles Kimberlin Brain, który swoje wnioski ogłosił w pracy The Hunters or the Hunted? (Łowcy czy ścigani?). Jedna z czaszek odkrytych w południowej Afryce zawierała zagadkowe otwory, których pochodzenie nie było jasne i dopiero Brain zauważył, że odległość między nimi idealnie odpowiadała rozwartej paszczy prehistorycznego leoparda (także współcześni przedstawiciele tego gatunku w Afryce zabijają gwałtownym przegryzieniem czaszki; napaść jest na tyle cicha i dyskretna, że znane są przypadki ataków, podczas których nie zbudzili się ani ludzie, ani psy; zoolog Jonathan Kingdon wspominał historię wykradzenia niemowlaka leżącego na piersiach śpiącej, nieświadomej niczego matki).

Słynne „dziecko z Taung” – czaszka australopiteka żyjącego 2,5 mln lat temu – przez dziesięciolecia stanowiło przedmiot sporów naukowych. Jednak dopiero względnie niedawno zaczęto się zastanawiać nad przyczyną jego śmierci. Paleontolodzy Lee Berger i Ron Clarke, po analizie śladów pozostawionych na czaszce, stwierdzili, że hominida zabił i porwał (trzymając szponami za głowę) orzeł wymarłego gatunku.

Współczesne hipotezy głoszą, że wczes­ne człowiekowate mogły radzić sobie zbiorowo z obroną przed drapieżnikami tylko za dnia. W nocy nasi przodkowie stawali się właściwie bezradni, ponieważ nie dysponowali tak wyczulonymi zmys­łami jak napastnicy. Pouczające pod tym względem okazało się obserwowanie życia współczesnych pawianów w Botswanie. W ciągu dnia zwierzęta te potrafią nawet zabijać zagrażające im drapieżniki i prowadzić akcje odwetowe. Noce wypełniają jednak wyłącznie krzyki przerażonych, chowających się na drzewach małp, z których wiele – rocznie 8% populacji – ginie na skutek ataków lwów i leopardów. Fakty te jasno pokazują, jak wielkim cudem dla hominidów musiało być odkrycie ognia.

Spośród żyjących w czasach prehistorycznych potworów – wielokrotnie przewyższających nas siłą, szybkością czy jakoś­­cią zmysłów – najniebezpieczniejsze i najczęściej atakujące były wielkie koty, które najliczniej występowały w plejstocenie; te żyjące obecnie należą do zaledwie kilku gatunków, którym udało się przetrwać zmiany klimatyczne. Żeby zdać sobie sprawę ze skali zagrożenia w kontakcie z nimi, przypomnijmy, że smilodon występujący w Nowym Świecie miał kły długości ponad 25 cm i był dwukrotnie cięższy od współczesnych nam lwów afrykańskich. Smilodony wyginęły w Ameryce dopiero 9 tys. lat temu, z czego wynika, że pierwsi Amerykanie musieli je znać.

Kotowate nie były jedynym zmartwieniem hominidów. Pachycrocuta to z kolei wymarły rodzaj hieny, tyle że wielkości lwa, a dowody na to, że zwierzęta te żywiły się hominidami, można znaleźć od Chin po Hiszpanię. Zagrożenie szło również ze strony psokształtnych – amficjony stanowiły coś w rodzaju połączenia psa i niedźwiedzia.

Lista niebezpiecznych mięsożerców byłaby niepełna bez ogromnego niedźwiedzia jaskiniowego, większego od współczesnych grizzly. Spekuluje się, że dopiero jego wyginięcie w Ameryce Południowej umożliwiło osiedlenie się tam człowieka. Wystarczy też wiedzieć, że rozpiętość skrzydeł wymarłych teratornów osiągała 5 m, by uświadomić sobie, że porwanie przez drapieżnego ptaka niekoniecznie było wyłącznie fantazją. Warto wspomnieć również o tym, iż pierwsi ludzie w Australii musieli się spotkać z megalaniami – ponad 9-metrowymi jaszczurkami, które rządziły całym kontynentem… Zdaniem niektórych uczonych to, że człowiekowatym udało się w ogóle przetrwać, zakrawa niemal na cud.

Przywołane fakty nie mają jednak prowadzić do myślenia o współczesnych drapieżnikach jako o bezwzględnych wrogach ludzkości zasługujących na wytępienie. Chodzi raczej o to, żebyśmy mogli lepiej zrozumieć ich rolę w kształtowaniu się człowieka. Narzuca się przy tym przypuszczenie, że życie przez miliony lat w cieniu śmiertelnego zagrożenia ze strony krwiożerczych agresorów mocno oddziaływało na nasz sposób funkcjonowania, a także sam aparat poznawczy.

Walka ze smokiem

Nowy sposób myślenia o świecie, w jakim przyszło żyć człowiekowi prehistorycznemu, pozwala inaczej spojrzeć na starożytną mitologię i w ogóle początki opowieści, a może nawet języka.

Pierwsze historie ludzkości powstawały w czasach, gdy dochodziło do kontaktów z prawdziwymi, niemetaforycznymi bestiami. Przekazy o herosach występujące w niemal każdym zakątku globu, legendy o śmiałkach, którym udało się zabić potwora, należy rozumieć dosłownie. Taki bohater był rzeczywistym zbawicielem.

Joseph Campbell i Mircea Eliade zauważyli, że wiele mitów mówi o poczuciu winy wywołanym zabiciem i spożyciem zwierzęcia. Religioznawcy zignorowali jednak zupełnie wątek strachu przed rozszarpaniem przez dzikie zwierzę, podobnie jak pamięć o bestiach z plejstocenu.

Paul A. Trout w książce Deadly Powers: Animal Predators and the Mythic Imagination (Śmiertelne moce. Zwierzęta drapieżniki i mityczna wyobraźnia) w fascynujący sposób powiązał wiedzę o życiu prehistorycznych hominidów z mitoznawstwem oraz psychoanalizą. Jego zdaniem strach przed byciem zjedzonym jest przeoczonym przez psychologów archetypem. Folklor zna niezliczoną ilość wilkołaków, upiorów, demonów, gorgon, hydr, harpii, spośród których wszystkie dysponują cechami mięsożerców – choćby fizycznymi, takimi jak kły, szpony, skrzydła czy łuski. Współczesne kino i literatura niemal obsesyjnie powracają do tych zabójczych istot.

W latach 60. przeprowadzono ciekawy eksperyment, na który powołuje się Trout. Badano psychologiczną reakcję, oddźwięk, jaki wywoływały w uczestnikach słowa „wąż”, „śmierć”, „gwałt”, „pająk”, „morderstwo” itd. Największy zarejestrowany strach pojawiał się przy słowie „rekin”, którego prawdopodobnie nikt z tej grupy nigdy nie widział i nie zobaczy.

Naśladując potwora

Zdaniem Trouta pierwotne gesty naśladujące drapieżniki miały istotny wpływ na powstanie języka. Aby przetrwać, człowiekowate musiały współpracować, a co za tym idzie – kontaktować się; robiły to poprzez odwzorowanie dźwięków i ruchów agresorów oraz gesty imitujące zagrożenie, wskazujące miejsce potencjalnego ataku.

Stopniowo prowadziło to do bardziej złożonych form komunikacji. Podstawową funkcją pierwszych opowieści była adaptacja do koszmarnych warunków egzystencji. Wczesne mity miały również oswoić obezwładniający strach przed mięsożercami. Umiejętność wyobrażania sobie drapieżnika nie tylko pomagała w rozpoznawaniu zagrożenia, lecz także rozwijała psychologicznie. Opowieści pełniły więc funkcję informacyjną, ale też dodawały otuchy i podbudowywały moralnie. Dla naszych przodków były tym, czym dla Szeherezady – sposobem na przetrwanie.

Ludzie uwielbiają opowieści o herosach zabijających potwory – nie z powodu wrodzonej skłonności do makabry, nie żeby celebrować śmierć, ale z ciągłej potrzeby egzorcyzmowania pierwotnego lęku przed drapieżnikami. Trwające przez długie okresy zagrożenie z ich strony wywarło wpływ na konstrukcję poznawczą człowieka, którego percepcja nastawiona jest na wykrywanie mięsożercy. Ponadto ukształtowało jego wyobraźnię, bezustannie tworzącą – profilaktycznie – obrazy fantastycznych bestii. Jednak i tutaj doszło do paradoksów obecnych także dzisiaj. Choć mit i opowieść to narzędzia adaptacyjne, źle wykorzystane mogą prowadzić do spotęgowania grozy poprzez jej imaginatywne zwielokrotnienie. Jak twierdzi Trout, w historii nierzadko tak właśnie się działo. Opowieści przekazujące mądrość dotyczącą przetrwania i pokonania strachu same stawały się jego źródłem.

Współczesna sytuacja na Zachodzie doprowadziła do tego, że bardziej boimy się drapieżników ludzkich. Chociaż – statystycznie rzecz biorąc – ataki seryjnych morderców nie są częste, wyprodukowaliśmy i wciąż tworzymy niezliczone filmy i książki, które można traktować jako narzędzia do wykrycia ewentualnego niebezpieczeństwa. Stanowią one źródło refleksji na temat tego, co sami zrobilibyśmy w sytuacji zagrożenia, stymulując rozwój wyobraźni i rozwiązań praktycznych.

Traumatyczne kontakty z bestiami epoki lodowcowej doprowadziły – pisze dalej Trout – do zmitologizowania drapieżników w czterech głównych kategoriach: jako potwory, bogów, dobroczyńców i wzory do naśladowania.

Ten lęk oraz towarzyszące mu ubóstwienie mięsożerców, od których zależała egzystencja, mógł z kolei doprowadzić do chęci… naśladowania drapieżnika. Według frapującej teorii Trouta dopiero tym należałoby wyjaśniać potrzebę polowania i agresję wewnątrzgatunkową. Różnorodne kultury na wiele rozmaitych sposobów ujawniały to pragnienie: wojownicy przebierali się za zwierzęta, w pewnych plemionach afrykańskich kapłani składający ofiarę wkładali skórę leoparda, azteccy zaś podczas tego rytuału używali noży imitujących kły jaguara. Metody polowania – np. skradanie się, tropienie, zasadzka – miałyby wynikać z obserwacji drapieżników. Ludzkość, która zdominowała Ziemię, jest rezultatem tego naśladownictwa. Zwierzęta stworzyły „ludzkość”, my zaś zrobiliśmy z nich bogów. Wiele znanych bóstw to po prostu drapieżniki, jak jaguary Majów czy tygrysy wśród plemion indyjskich. Antropomorfizacja zwierząt, dopatrywanie się w ich działaniu celowych aktów dobroci wytworzyły świadomość skomplikowanych relacji między hominidami a bós­twami zwierzęcymi. Mity stanowią nie tylko zapis tych domniemanych powiązań, lecz także ich tradycyjne uświęcenie. Wciąż niezgłębioną tajemnicą pozostaje dla wielu zjawisko religijnej ofiary, zwłaszcza tej krwawej – ze zwierząt i z ludzi. Pisarka Barbara Ehrenreich przypuszczała, że tego rodzaju dary składane bogom były pozostałością po prehistorycznym zwyczaju oddawania jedzenia ubóstwionym drapieżnikom, tak by nasycone nie zabijały ludzi.

Strach ma (ciągle) wielkie oczy

Konieczność obrony przed mięsożercami połączona z ich uważną obserwacją i naśladowaniem doprowadziły do sytua­cji, w której wskoczyliśmy na sam szczyt łańcucha pokarmowego. Człowiekowate, będące przez miliony lat ofiarami, same stały się drapieżnikami. Skok ten nie pozwolił nam jednak na wyzbycie się prehistorycznych lęków.

I oto kolejny paradoks. Stopniowo, stając się podobnymi do drapieżników, hominidy zaczęły bać się same siebie. Doszło do kolejnego sprzężenia zwrotnego: nowe­­ źródła strachu doprowadziły do nowych wizji mitologicznych mających go o­swoić. Fantastyczne smoki i gorgony zostały zastąpione przez obrazy „półdzikich” barbarzyńców; wszelka odmienność etniczna posłużyła jako pretekst do tworzenia niepokojących wyobrażeń (antropolog William Arens w książce Mit ludożercy wykazał, że kanibalizm jest w znacznie mniejszym stopniu realnym zjawiskiem niż faktem fantazmatycznego, spontanicznego przypisywania go obcym ludom). Proces ten, niekontrolowany – np. poprzez instytucje – w wymiarze indywidualnym może prowadzić do paranoi, a w skali społecznej – do wybuchu paniki, narastania ksenofobii oraz konfliktów.

Trout wprowadza nowy ciekawy wątek do dyskusji dotyczącej domniemanej wrodzonej agresywności człowieka. Jego zdaniem ludzkość, wyłączając pojedyncze jednostki, nie ma krwiożerczych instynktów. Problem naszej agresywności sprowadza się raczej do nadmiernej kontr­ofensywy wobec przedmiotu wypartego pierwotnego strachu.

Być może tego strachu, który w skrajnych przypadkach mocno utrudnia nam życie, nigdy się nie pozbędziemy. Ewolucja przystosowała nas do tego, by tak reagować. Mimo że pierwotny lęk z jednej strony prowadzi do mitologicznych rojeń o wszędzie czających się wrogach, a w konsekwencji do przemocy i wojen, z drugiej – w szerokiej perspektywie ewolucyjnej – umożliwił i wciąż umożliwia nam przetrwanie. Teorie Trouta są oczywiście spekula­tyw­ne, cechuje je podstawowa wada większości koncepcji psychoanalitycznych i socjobiologicznych – niesprawdzalność. Sceptyk może zbyć je jako historyjkę o niepoznawalnych początkach ludzkości. Niemniej bez wątpienia zaletą koncepcji Trouta jest wyjaśnienie, dlaczego zarówno w „pierwotnych” mitologiach, jak i we współczes­nej popkulturze wciąż roi się od bestii, dlaczego powstają takie filmy, jak Park Jurajski czy Szczęki, dlaczego horrory, thrillery i gry wideo bez końca eksplorują te tematy. Po argument wspierający tę teorię można by sięgnąć do naszych… snów. Statystycznie rzecz biorąc, bardziej prawdopodobne jest, że umrzemy nie w wyniku ataku drapieżnika, lecz w wypadku samochodowym, z powodu choroby serca lub raka. Czy nie jest jednak tak, że od najwcześniejszych lat śnimy koszmary o bestiach, które nas ścigają i chcą pożreć? Dlaczego wciąż boimy się ciemności? Może rzeczywiście, choć żyjemy w oświetlonych i bezpiecznych aglomeracjach, nasze ciała i umysły wciąż przeżywają pradawny strach przed wymarłymi potworami.

Smilodon, ilustracja: Natka Bimer
Smilodon, ilustracja: Natka Bimer

Czytaj również:

Zbożowe misteria Zbożowe misteria
i
"Gather Ye Rosebuds While Ye May", John William Waterhouse, 1909 r., kolekcja prywatna/Wikimedia Commons (domena publiczna)
Wiedza i niewiedza

Zbożowe misteria

Maciej Świetlik

Przez wieki w greckim Eleusis czczono matkę i córkę: boginie płodności i śmierci. Jednocześnie doświadczano objawień i celebrowano życie.

Wszelka wegetacja na Ziemi zamarła, gdy Demeter, bogini urodzaju, pogrążyła się w smutku po porwaniu Persefony (Kory) do świata umarłych. Widmo głodowej śmierci, które zawisło nad ludźmi, groziło zachwianiem równowagi całego greckiego kosmosu obejmującego także bogów olimpijskich i zmarłych zaludniających podziemne królestwo (byt olimpijczyków zależał od składanych przez ludzi ofiar). Żeby przywrócić ład, Zeus nakazał Hadesowi oddać córkę matce, jednak zanim ten to zrobił, poczęstował poślubioną w międzyczasie Persefonę pestką granatu – ludzkim pokarmem nieprzeznaczonym dla bogów. Tym samym zasiał w niej ziarno śmiertelności nakazujące jej wracać do męża na trzecią część roku. Od tej pory cykl zamierającej i odradzającej się przyrody odzwierciedlał zjednoczenie oraz rozłąkę matki i córki.

Czytaj dalej