Roztańczone poranki
i
„Świt” ("Aurora Triumphans"), Evelyn De Morgan, ok. 1886 r., Russell-Cotes Art Gallery & Museum/Wikimedia Commons (domena publiczna)
Wiedza i niewiedza

Roztańczone poranki

Renata Lis
Czyta się 8 minut

Wschody słońca zasługują na taką samą porcję zachwytu co zachody, a jednak nie doczekały się aż tylu wielbicieli gotowych polować na nie, przeżywać je i utrwalać na zdjęciach. Niesłusznie – poranek jest znanym we wszystkich religiach i mitach świętem początku.

Kiedy wsłuchuję się w słowo „poranek”, odczuwam je jako radosne. Uśmiecham się do niego mimowolnie i musi minąć dobra chwila, zanim uświadomię sobie, że oprócz poranków słonecznych i świeżych język polski zna również poranki ciężkie, zimne oraz ponure. Skąd więc to wyłącznie pozytywne skojarzenie? Co mnie tak głęboko uwarunkowało?

Myślę, że odpowiada za to jedna piosenka z lat 70., zaliczana do polskiej klasyki i wciąż chętnie grana w radiu: Radość o poranku, do której słowa napisał Jonasz Kofta. „Jak dobrze wstać/skoro świt,/jutrzenki blask/duszkiem pić” – śpiewała najpierw Marlena Drozdowska z zespołem Grupa I, a potem m.in. Hanna Banaszak i Majka Jeżowska. Kto nie słyszał tego utworu choć raz? Pełnemu energii głosowi artystek towarzyszą w tej kompozycji poranne ćwierkanie ptaków, „otrząsający się z rosy bez” i obietnica szczęścia, które w taki dzień po prostu „musi przyjść”.

Różane i mgliste

W codziennym życiu nie zastanawiamy się nad znaczeniem słowa „poranek” – używamy go intuicyjnie. Na wszelki wypadek zajrzę jednak do słowników. We współczes­nym PWN-owskim Słowniku języka polskiego znajduję jasną definicję – to „początek dnia bezpośrednio po wschodzie słońca”. W starszym słowniku Witolda Doroszewskiego poranek okazuje się pojęciem o wiele mniej ostrym

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Zanim się zacznie
i
Najwcześniej (i to o prawie całą dobę!) słońce wstaje na wyspie Upolu w archipelagu Samoa. Za to pod każdą szerokością geograficzną zachwyca tak samo. Park Narodowy Amboseli, Kenia; zdjęcie: Ray in Manila (CC BY 2.0)
Pogoda ducha

Zanim się zacznie

Paulina Wilk

W Kenii świt wygląda jak krwawa wstęga. W Peru poranek to wielka cisza. W Indiach jest porą ulotnej świeżości. A w Seulu nie ma go wcale.

Wódz mówi, że miasto jest niebezpieczne. W przeciwieństwie do ziemi, przez którą teraz idziemy; ona nie ma przed nim tajemnic. Mówi też, że chłopcy z jego plemienia udają się do buszu na wiele miesięcy i wracają do wioski dopiero wtedy, gdy nauczą się radzić sobie z zagrożeniami. Małymi i wielkimi. „Nie bój się stada pędzących antylop. Bój się tego małego pająka. Jeśli ukąsi, umrzesz”. Odsuwa kijem drobnego stawonoga szybko pokonującego nierówności na chłodnej jeszcze ziemi. Ledwie zdążam go dostrzec, a znika w ciemności. Światło zapiętej na głowie latarki wykrawa niewielki krąg w zupełnej, niepoddającej się negocjacjom czerni. Zmrok w Masai Marze zapadł wczoraj w okamgnieniu, nieodwołalnie. Zdążyłam jeszcze dostrzec idących ku nam Masajów w czerwonych kraciastych kangach; w ich strojach odbijało się niknące światło dnia, wydawało się, że świecą. A po chwili nie widać już było niczego. Czerń nakryła nas, siedzących wokół ognia, jak ciężki smolisty płaszcz.

Czytaj dalej