Samopomoc zwierzęca
i
ilustracja: Kazimierz Wiśniak
Świat + Ludzie, Ziemia

Samopomoc zwierzęca

Mikołaj Golachowski
Czyta się 15 minut

Dlaczego humbaki bronią fok przed atakiem orek? Trudno o jednoznaczną odpowiedź. Ratowanie kogoś spoza własnego gatunku to sytuacja w przyrodzie niezwykła – ale się zdarza.

Miarą są natury kły jej i pazury – pisał poeta Adam Pluszka. I tak właśnie najczęściej postrzegamy teorię ewolucji. Podobnie ją zresztą rozumiała większość XIX-wiecznych zwolenników Darwina. Jednak coraz lepiej poznając przyrodę, przekonujemy się, że obok mniej lub bardziej bezwzględnych zmagań o byt jest w niej miejsce na współpracę, i to często bardzo zaskakującą.

Już Darwin miał problem z altruizmem. Ów najsławniejszy z ojców teorii ewolucji zdawał sobie sprawę, że taką postawę trudno będzie wytłumaczyć w świetle wszechobecnej rywalizacji. W dziele O pochodzeniu człowieka pisał, że „ten, kto gotów jest raczej do poświęcenia swego życia, czego dowody dało wielu dzikich, niż do zdrady swych towarzyszy, mógł często nie pozostawić potomstwa, które by odziedziczyło jego szlachetną naturę”. Na to samo zwracał też uwagę mniej znany z twórców teorii ewolucji – Alfred Russel Wallace. Obaj przyznawali, że gdyby udało się znaleźć w przyrodzie przykład prawdziwego altruizmu, takiego, że jeden z osobników poświęca się dla innego, nie mając z tego żadnej korzyści, teorię trzeba byłoby przemyśleć na nowo.

Najbardziej oczywistą sferą zwierzęcej współpracy jest opieka rodziców nad młodymi. Nawet jeśli sprowadza się ona tylko do wypuszczenia gamet w powietrze, tak jak u wielu roślin zalążkowych, czy do wody, jak w przypadku ogromnej rzeszy wodnych bezkręgowców i licznych gatunków ryb, wydawanie na świat potomstwa wiąże się ze znacznym wydatkiem energetycznym. Choć u mnóstwa gatunków o los pozostawionego samemu sobie potomstwa nikt się nie troszczy, już sam fakt wyprodukowania go w odpowiednio dużej liczbie, by stworzyć szansę na dorośnięcie choć minimalnej części młodych, doskonale ilustruje, że w ewolucyjnej grze nie chodzi jedynie o to, kto przeżyje, lecz także o to, kto wyda potomstwo i przekaże swoje geny dalszym pokoleniom. Zresztą wśród współczesnych ewolucjonistów mówi się nie tyle o liczbie wyprodukowanego potomstwa, ile o liczbie wnuków, bo co komu po dzieciach, gdyby okazały się słabe i bezpłodne. Ważne jest, czy same mogą się rozmnożyć i podać dalej genetyczną pałeczkę.

O tym, że przekazanie genów następnym pokoleniom jest często ważniejsz

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Nawrócony przez hormony
i
zdjęcie: Giovanni Calia/Unsplash
Marzenia o lepszym świecie, Świat + Ludzie

Nawrócony przez hormony

Joanna Nikodemska

Przykłady torreadora, który porzucił corridę, i myśliwego, który przestał zabijać, pokazują, że człowiek może przeżyć wewnętrzne trzęsienie ziemi, z którego wyjdzie zupełnie odmieniony. Co podczas takiego kataklizmu dzieje się w mózgu?

Na arenie siedzi matador. Prawą ręką zakrywa twarz, z lewej zwisa mu płachta. Byk stoi spokojnie obok i z wyrzutem patrzy na swojego oprawcę. Z karku sterczą mu lance, po ciele spływa krew. Fotografii, która jakiś czas temu obiegła Internet, towarzyszy komentarz: oto moment zwrotny w życiu kolumbijskiego torreadora Álvaro Múnery. „Nagle spojrzałem na byka. W oczach miał niewinność, tak jak wszystkie zwierzęta, i patrzył na mnie błagalnie. W głębi poczułem wołanie o sprawiedliwość”.

Czytaj dalej