Berenika Kołomycka: To ja jestem Wielkim Dzikiem
i
„Malutki Lisek i Wielki Dzik tom pierwszy: Tam", Berenika Kołomycka, Egmont 2015
Opowieści, Sztuka + Opowieści

Berenika Kołomycka: To ja jestem Wielkim Dzikiem

Łukasz Chmielewski
Czyta się 14 minut

Łukasz Chmielewski: W serii Twoich komiksów dla dzieci Malutki Lisek i Wielki Dzik występują zwierzęcy bohaterowie jak u La Fontaine’a, ale Twoje fabuły opowiadają o emocjach bez dążenia do behawioralnej puenty. Lisek i dzik to współczesna wersja klasyki?

Berenika Kołomycka: Od wydania albumu Tej nocy dzika paprotka, do którego zrobiłam rysunki, minęło wówczas już sporo czasu. Dlatego chciałam wrócić do tworzenia komiksów, ale potrzebowałam jakiegoś impulsu. W tamtym czasie wydawnictwo Egmont ogłosiło konkurs na komiks dla dzieci imienia Janusza Christy. Nie szukali jednak kontynuatorów Kajka i Kokosza, ale nowych, współczesnych projektów. Pracowałam wtedy jako grafik i codziennie wychodziłam rano do pracy na osiem godzin. W domu zostawał samotnie mój pies i bardzo za mną tęsknił. To był punkt wyjścia dla przygód Malutkiego Liska i Wielkiego Dzika. Historia ułożyła się sama. Staram się wybierać bardzo proste zdarzenia i emocje, które przekładam potem na język komiksu.

Nie wykorzystujesz zwierzęcych przymiotów swoich bohaterów: chytrości lisa czy dzikości dzika z wierszyka Brzechwy. Lisek je za to żołędzie, a dzik wspina się świetnie po drzewach, choć obaj wyglądają czysto zwierzęco. Dlaczego?

Nie tworzę komiksu naukowo-przyrodniczego, a wyimaginowany świat z bajki, w którym zwierzęta gadają. Postacie zbudowałam, opierając się na własnych doświadczeniach. Pies Foks jest ze schroniska, był zagubiony i wszystkiego się bał. To on jest protoplastą komiksowego liska. Obaj są nawet bardzo podobni wizualnie, mają taki sam kolor sierści i duże sterczące uszy. A Wielkim Dzikiem… jestem ja. Dałam mu wiele

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Wszystkie jesteśmy Anastazją?
i
materiały promocyjne
Przemyślenia, Sztuka + Opowieści

Wszystkie jesteśmy Anastazją?

Łukasz Chmielewski

Łukasz Chmielewski: Anastazja to komiks inspirowany losami Natalie Wood, jednej z gwiazd Hollywood, która karierę rozpoczynała jako czterolatka, a grą w filmach utrzymywała całą niepracującą rodzinę. Choć mnóstwo jest podobnych, gotowych i wstrząsających historii ofiar przemysłu filmowego w USA, to zdecydowałaś się jednak na fikcyjną opowieść. Dlaczego?

Magdalena Lankosz: Stuletnia historia amerykańskiego przemysłu filmowego została bardzo dobrze udokumentowana. Powstało mnóstwo książek, od plotkarskich po rzetelne wspomnienia. Sytuacja wygląda podobnie w przypadku biografii aktorów. Pisząc kiedyś dla „Wysokich Obcasów” artykuł o Natalie Wood, przeczytałam 20 książek o niej samej. Zresztą to ten tekst na tyle zainspirował Joannę Karpowicz, krakowską malarkę i autorkę komiksów, że poprosiła mnie o napisanie historii dziejącej się w Złotej Erze Hollywood, która fascynuje ją także od strony plastycznej. Uznałam, że nie ma sensu powielać w formie komiksu gotowych i znanych historii. To nie tylko niezbyt ciekawe, ale także mało pobudzające twórczo. A fikcja daje ogromną radość i wolność tworzenia. Moja bohaterka ma z Natalie Wood tylko częściowo zbieżne dzieciństwo. Przede wszystkim jednak takiej historii, jaką chciałam opowiedzieć, nie było w formie gotowej. A chciałam opowiedzieć o relacji matki i córki.

Czytaj dalej