Nie mogę sobie przypomnieć, czy byłem wtedy w szóstej klasie podstawówki, a tamten chłopak w czwartej, czy też ja w ósmej, a on w szóstej – ale na pewno były to dwa lata różnicy. W mojej klasie i w roczniku wszyscy wiedzieli, że jestem najsłabszy, dobrze się uczę i nie stanowię dla nikogo przeciwnika, to znaczy można było dla zabawy (mnóstwo śmiechu, jakościowy humor!) trochę się nade mną poznęcać, ale tak na poważnie bić nikt się ze mną nie chciał. A ten chłopak, młodszy o dwa lata, nie wiedział i chciał.
Nie pamiętam, o co poszło, wybieraliśmy składy przed graniem w piłkę, po szkole, w piłkę oczywiście też grałem słabo, ale w ostatnich klasach zaczęło mi iść lepiej, w zasadzie to były moje pierwsze fizyczne minisukcesy w życiu, właśnie na tym szkolnym boisku, kiedy udało mi się strzelić gola albo kogoś okiwać, albo celnie podać. No więc wybieraliśmy te składy i coś chyba do niego powiedziałem albo przesunąłem go jakoś lekceważąco (chciałbym teraz wierzyć, że bez takiej intencji, ale nie pamiętam) w stronę jednej drużyny, nie pamiętam, w każdym razie nagle stał naprzeciwko mnie, młodszy o te dwa lata, ale mojego wzrostu, cięższy i na pewno silniejszy, a ja jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że on chce się na serio bić, i dotarło to do mnie dopiero, kiedy mnie uderzył. Pamiętam, że dwa razy powtórzyłem, takim