Czarownice odpalają wrotki
i
„Otchłań”, Paulina Walendziak, zdjęcie: Mariusz Grzegorzek
Opowieści, Sztuka + Opowieści

Czarownice odpalają wrotki

Łukasz Kaczyński
Czyta się 15 minut

Łukasz Kaczyński: Szybko weszła Pani na deski profesjonalnego teatru – jeszcze przed spektaklem dyplomowym. Najpierw rolą Betty Parris w Czarownicach z Salem Arthura Millera, szybko potem, bo w minionym sezonie, jako Iris w Otchłani Jennifer Haley, również w reżyserii Mariusza Grzegorzka, również w łódzkim Teatrze im. Jaracza. Ta sytuacja wymusiła zmianę w myśleniu młodej studentki o sobie na scenie?

Paulina Walendziak: Otchłań traktuję jako prawdziwy debiut, ale pierwszą profesjonalną pracą, jeszcze w drugim semestrze drugiego roku studiów, była rola Hanny w Kamieniu Grzegorza Wiśniewskiego w warszawskim Teatrze Współczesnym, spektaklu, w którym reżyser częściowo powtórzył obsadę znakomitego dyplomu, który zrobił z moim starszymi kolegami z Wydziału Aktorskiego. W Czarownicach ważne było dla mnie zbudowanie iluzji, przeszywania się dwóch światów, zakłamywania lub odnajdowania prawdy – i postawienie pytania, czy ta prawda w ogóle istnieje. Te cztery młode dziewczyny, którym przewodzi Abigail (grana przez Agnieszkę Więdłochę), przechodzą okres dojrzewania – a zachowanie starszyzny miasteczka każe pytać: nie dostrzega ona tego procesu, bo nie jest zdolna, a sprawy cielesności ruguje, czy też dlatego, że podlega manipulacji tych dziewczyn?

Ta manipulacja może być reakcją na określony świat, w którym cielesność to pozornie tabu.

Też, ale przede wszystkim to reakcja na zmiany, które dzieją się w kobiecym organizmie: budzi się pożądanie,

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Josef Skupa i jego lalki
i
Okładka z archiwum nr 215/1949 r.
Opowieści, Sztuka + Opowieści

Josef Skupa i jego lalki

Historia z okładki
Ida Świerkocka

Chociaż na okładce majowego „Przekroju” z 1949 r. widać tylko jednego z nich, ta historia ma w rzeczywistości trzech bohaterów.

Wszyscy jednak, nawet najwięksi bohaterowie muszą się kiedyś urodzić. W przypadku pierwszego z nich było tak: mroźną zimą 1892 r. pani Skupová pojechała odwiedzić męża, żandarma, jak zawsze stacjonującego poza domem. I w ten sposób – czy mogłoby być bardziej po czesku? – w skromnej restauracji w Strakonicach świat powitał Josifka Skupę.

Czytaj dalej