Dwa dni w Paryżu Dwa dni w Paryżu
Doznania

Dwa dni w Paryżu

Tomasz Wiśniewski
Czyta się 2 minuty

Zazi w metrze słusznie uchodzi za jedną z najzabawniejszych powieści, jakie kiedykolwiek napisano, Raymond Queneau zaś w pewnych kręgach uchodzi za jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku. Przyznaję, że z całą pewnością przynależę do tych kręgów, dlatego wznowienie tej książki muszę uznać za małe święto na rodzimym rynku wydawniczym.

Akcja powieści Zazi w metrze nastręcza wielu trudności komuś, kto chce ją streścić. Tytułowa nastoletnia Zazi przybywa do Paryża i spędza w nim dwa dni pod opieką swojego wuja Gabriela. Te dwa dni wystarczą jednak, by wydarzyło się wszystko, przy czym jest to wszystko na opak: jest śmiesznie, stopniowo robi się jeszcze śmieszniej, a rzeczywistość przy tym coraz bardziej niesamowicieje, ale właściwie bez użycia elementów fantastycznych. Całość zdaje się napędzana żywiołem języka i wyobraźni: trochę jakby zmusić Borisa Viana, by nie wyszedł poza ramy realizmu, plus cudowna beztreściowość dialogów Ionesco, plus głupkowaty i rubaszny nastrój jak z Rabelais’go. Prawda jest jednak taka, że pisarstwo Queneau jest bardzo łatwo rozpoznawalne, Francuz posiada styl, który uniemożliwia pomylenie go nawet ze wspomnianymi Vianem czy Ionesco: zawsze porusza się po swoim własnym zawrotnym i fascynującym imaginarium, pełnym dziwaków, satyrów, wariatek, filozofów amatorów, podmiejskich spelunek, paryskich małych uliczek i tajemnic.

Czytelnik nie powinien dać się zwieść, że przestaje wyłącznie z humoreską i żartem; musi pamiętać, że obcuje z dziełem jednego z największych literackich jubilerów, dopieszczających swoje dziwaczne kompozycje i symbolikę opowiadanej historii w najdrobniejszych szczegółach. I choć Zazi w metrze powstała przed utworzeniem legendarnej grupy OuLiPo, zrzeszającej największych kombinatoryków literatury, tworzących według quasi-matematycznych wzorów (w Polsce chyba najbardziej znanym przykładem takiego dzieła jest Jeśli zimową nocą podróżny Itala Calvina), lista znakomitych interpretacji tej powieści jest długa –  za jej egzegezę brały się tak odmienne światy intelektualne, jak Roland Barthes z jednej, a francuscy ezoterycy, tropiący w przygodach Zazi ślady pism Renégo Guénona, z drugiej strony.

Odnotujmy na koniec, że wznowienie tej powieści przez Państwowy Instytut Wydawniczy zawiera poprawiony, świetny przekład Maryny Ochab i nową, też świetną okładkę – szczególnie w porównaniu z tą nieszczęśliwą z pierwszego wydania, której wyjątkowa nieadekwatność mogłaby być żartem któregoś z kolegów Queneau podzielających jego humor.

 

 

 

Czytaj również:

Haft opowiadający o wojnie Haft opowiadający o wojnie
i
Berthe Morisot, „Embroidery”, 1899, Wikimedia Commons (domena publiczna)
Wiedza i niewiedza

Haft opowiadający o wojnie

Elisabeth Åsbrink

Czasem przypadkowe znalezisko może wiele nam powiedzieć o historii, traumie i przeżyciach ludzi, które kryją się za pozornie zwykłymi przedmiotami. A także, być może, o nas samych.

Pewnego dnia, kilka lat temu, szłam z mężem ulicami Kopenhagi. Było to późnym latem, może pod koniec sierpnia lub na początku września, w każdym razie w jeden z tych dni, kiedy słońce świeci ciemnożółtym i miękkim światłem, ale i tak wprawia w przygnębienie, bo kres lata może nadejść w każdej chwili. Nie spieszyliśmy się. W mieście panował spokój, a większość sklepów była zamknięta. Ciemnozielone liście drzew pokrywał pył. Przechadzaliśmy się bez celu, właśnie przecięliśmy Israels Plads, gdzie w weekendy spontanicznie rozkłada się pchli targ, i planowaliśmy pójść gdzieś na kawę, kiedy nagle zobaczyłam coś, przez co musiałam przystanąć. Akurat tamtej niedzieli stał tam tylko jeden stół, obładowany starymi futrami z norek, mosiężnymi świecznikami, popielniczkami, biżuterią ze sztucznymi kamieniami i sztućcami z niepolerowanego srebra. Ale było tam też coś jeszcze. Na ziemi oparty o nogę stołu stał obraz. Dostrzegłam go, właściwie w ogóle na niego nie patrząc. Dopiero gdy przechodziliśmy obok, zauważyłam, że to tak naprawdę oprawiony w ramę haft i że właśnie przeczytałam na nim słowo „Hitler”. Wyszyte haftem krzyżykowym? Odwróciłam się, by się przyjrzeć, i wypatrzyłam kolejne wyhaftowane słowo: „Gestapo”. Tuż obok widniały litery „SS”. Nazistowska makatka? Postanowiłam kupić obraz. I tak też zrobiłam. Mąż niósł go całą drogę do domu wyszytym motywem skierowanym w stronę ciała.

Czytaj dalej