Jack Nicholson mówi, jak było
i
Jack Nicholson, 1976 r., AP Wire Photo
Opowieści

Jack Nicholson mówi, jak było

Zbigniew K. Rogowski
Czyta się 6 minut

Aktorzy z reguły udzielają wywiadów na konferencjach prasowych, bądź w wytwórniach filmowych za pośrednictwem – i zwykle w obecności – agenta prasowego, czasem w jego biurze. Chyba, że dziennikarz ma wyjątkowo dobre „chody” towarzysko-kumoterskie. To się tu liczy najbardziej. A wasz wysłannik je miał.

Jack Nicholson zaprosił mnie pewnego popołudnia na drinka (było jednak trochę ceregieli) do swojej willi w Beverly Hills, malowniczego regionu rezydencji tuzów ze świata filmu. Bohater Chinatown mieszka za „siódmą górą”. Jego stosunkowo skromna willa przycupnęła na płaszczyźnie wzniesienia, tonącego w zieleni, skąd roztacza się pyszny widok na Los Angeles. Siedzimy przy starym drewnianym stole (meksykańskim?) na drewnianych stołkach-fotelach ze skromną ornamentyką ludową. Nicholson zapuścił wąsy, twarz pokrywa lekki zarost (czyżby zadatek na brodę?). Rolę gospodyni spełnia (serwuje teraz drinki) bardzo ładna wysoka dziewczyna – narzeczona aktora.

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Turnus sentymentalny
i
Pawilon/papillon. Widok ogólny zza sosen. „Cenaro”, Dźwirzyno; zdjęcie: Krzysztof Racoń
Żywioły

Turnus sentymentalny

Ewa Pawlik

Wychowani na kinie drogi, z głową pełną wakacyjnych wspomnień z turnusów wczasowych w dzieciństwie, podczas majówki ruszyliśmy na Pomorze Zachodnie szukać muszelek i dobrej architektury.

Bałtyk

„Bałtyków” jest wiele. Są w Mielnie, Rewalu, Łazach, Stegnie, Dźwirzynie, Mrzeżynie i kilku innych miejscowościach. Bywają uzdrowiskiem, hotelem, ośrodkiem wypoczynkowym, domem wczasowym, pensjonatem. Król jest jeden – sanatorium „Bałtyk” w Kołobrzegu. Potężny, nowoczesny w formie mimo swoich 50 lat. Stary aparycją mimo niedawnego remontu. Został wybudowany w drugiej połowie lat 60. przez Edmunda Goldzamta i Halinę Gurianową. Biały, modernistyczny, dominujący nad kołobrzeską linią brzegową. W tym modernizmie nie byłoby nic dziwnego, gdyby nie to, że Goldzamt należał do głównych teoretyków socrealizmu na ziemiach polskich, a „Bałtykowi” do tego rodzaju architektury naprawdę daleko. Tuż przed wojną stał na jego miejscu imponujący gabarytami, historyzujący Hotel „Strandschloss”, który był kwaterą feldmarszałka von Hindenburga w 1919 r. Budynek nie przetrwał drugiej wojny światowej, po tym jak miasto zamieniono decyzją Hitlera w twierdzę. Dzisiaj po animozjach polsko-niemieckich nie ma już śladu, bo gdy wchodzimy do środka, słychać na zmianę nasz ojczysty język i ten obowiązujący za Odrą. Mamy szczęście, za moment dansing! W pięknym pawilonie gastronomicznym hotelu, z którego rozciąga się panoramiczny widok na morze, zjawia się spora grupa kuracjuszy i formuje piękną, równą kolejkę jak za najlepszych lat komuny. Co rzucili? Pastelowe drinki z parasolkami! DJ Staszek puszcza polskie i zagraniczne szlagiery lat lekko minionych. Polacy i Niemcy wirują w tańcu.

Czytaj dalej