Jego Wysokość Książę Kotów
i
zdjęcie: J. Giletta, 1909 r., Wikimedia Commons
Doznania

Jego Wysokość Książę Kotów

Wojciech Engelking

1

W tamtych czasach Józef Lewinkopf był jednym z olbrzymów światowego kina, lecz wiele wskazywało, że wkrótce się to zmieni. Znaki zapowiadające jego rychły upadek rozrzucone były po „Trybunie Ludu”, „Le Monde”, „Corriere della Sera” niczym puzzle, które złożyć ze sobą umiało niewielu. Dla reszty pozostawały artykuły obwieszczające kolejne z Lewinkopfowych sukcesów: tu, proszę, niech pan patrzy – tak, zeskanowana – entuzjastyczna recenzja z „Bambuko”. Tu informacja o tym, że decyzją z 11 grudnia 1958 r. Ministerstwo Kultury postanowiło zgłosić ów film do Oscara. Krótka notka, że został nominowany, krótsza, że nagrody nie otrzymał. Nie, nagrania z ceremonii nie posiadam. Posiadam coś innego. Dobrze pan widzi, to Brigitte Bardot… Jak pan to ujął? Oczywiście, że ją siekał. Pytanie, w jakich pozycjach i czy na masce bentleya.

To zdjęcie, na które pan teraz patrzy, zrobiono w roku 1959. Lewinkopf spaceruje z Bardotką po plaży w Saint-Tropez. Niedawno skończył trzydzieści trzy lata, opuścił już Polskę i wygląda na trochę onieśmielonego życiem, które zaprosiło go między swoje uda. Tak właśnie wyglądał świat w roku 1959: Lewinkopf siekał Bardotkę, Ruscy wystrzelili w niebo sondę z kosmodromu „Bajkonur”, ja zaś byłem tak bardzo nikim, jak tylko można być, czyli studentem Wydziału Polonistyki Uniwersytetu Warszawskiego.

Do Warszawy przyjechałem trzy lata wcześniej, zaraz przed październikiem. Kilka dni po moim przybyciu jesień ścięła młode, niedawno wyrosłe drzewa kolorami ochry, karmazynu i miedzi, a przynajmniej wydaje mi się, że ścięła. Tak samo wydaje mi się, że po niej bielą ulice przykryła zima, po zimie zazieleniła się wiosna, a latem niebo przyjęło kolor błękitny. Gdy byłem nikim, mój świat tworzyły zgoła inne barwy; barwami tymi były odcienie szarości, takie jak na ekranach w warszawskich kinach.

Było ich w całym mieście niewiele mniej niż dwadzieścia, a bilety – tanie. Najmniej płaciło się w „Stolicy” na Mokotowie. Czasem można było nawet wskoczyć za darmo, na najpóźniejsze seanse, i to na nie najczęściej chodziłem. Kończyły się grubo po północy i po każdym czekał mnie nocny marsz do pokoju w studenckim hotelu przy Niemcewicza. Podczas owych spacerów przez miasto, które jeszcze nie do końca podniosło się z gruzów, układałem sceny do innych filmów: tych, które ja kiedyś nakręcę, gdy po skończeniu polonistyki dostanę się na filmówkę. Do Łodzi brano wtedy tylko tych, którzy zrobili już magistra. Że, twierdzi pan, chciałem iść do Łodzi, nie wspomniałem w swojej autobiografii? No, nie wspomniałem.

Nie wspomniałem, bo w końcu na nią nie poszedłem, a nie poszedłem, bo gdy nastała zima roku 1959, jeden z profesorów z polonistyki, którego często w „Stolicy” spotykałem, zaproponował mi napisanie pierwszego tekstu; poszedł w grudniowym „Ekranie”. To była recenzja Lotnej. Zjechałem owo filmidło na tyle złośliwie, by spodobało się to płaczącym za „Po prostu” bikiniarzom, i na tyle zgodnie z obowiązującą linią, by spodobało się to górze. Zresztą, złośliwość to także pewnego rodzaju oficjalna linia… Nie wchodząc w szczegóły: krótko potem zaproponowano mi stałą współpracę z tym i paroma innymi tytułami, i tak, kończąc w 1961 r. polonistykę, miałem już łatkę nie nikogo, lecz młodego, dobrze zapowiadającego się dziennikarza.

Myślałem, że spyta pan o żal związany z decyzją o Łodzi; tymczasem pyta pan, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem Bambuko. Krótko po premierze, na kupionym od konika bilecie, i za pierwszym razem mi się nie spodobało. To znaczy, niech pan mnie nie zrozumie źle. Wiedziałem, że jest coś szczególnego w historii dwóch mężczyzn i kobiety zamkniętych w domku w górach; wiedziałem, że jest coś świeżego w miauczeniu snującego się po owym domku kota, które przetykało jazzowy akompaniament. Ale nie, nie spodobało mi się.

A czy się wtedy na Lewinkopfa natykałem? Trudno się było nie natykać, wywiady dał do wszystkich gazet… Ach, ciekawią pana knajpy. To rzadko. Chodził głównie do Kameralnej, a ja – od kiedy przestałem być nikim – do SPATiF-u w Alejach Ujazdowskich, które jeszcze niedawno nazywały się aleją Stalina.

Lokal znajdował się na parterze i w podziemiach świeżo odbudowanej kamienicy, a ściany miał obite purpurowym pluszem, którego barwa nadawała sączącemu się

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Pegaz gazu! – 2/2023
i
"Pegaz odlatujący", Albert Pinkham Ryder, 1901 r./ WikiArt (domena publiczna)
Doznania

Pegaz gazu! – 2/2023

Marcin Orliński

Pytacie mnie w listach, jak przygotowuję nowe gatunki poetyckie. No dobrze, nie pytacie, ale i tak Wam powiem: trzeba wziąć trochę liter, spacji, znaków interpunkcyjnych i dokładnie wymieszać. Dodać świeżo wyciśnięty sok z wiersza klasyka albo zmieloną dziecięcą rymowankę. Dusić długo na wolnym ogniu. Podawać z dodatkiem farby drukarskiej. I już, gotowe!

Tęsknomipanek

Utwór Moja piosnka II to jeden z najbardziej znanych wierszy Cypriana Kamila Norwida. Powstał w 1854 r. w Nowym Jorku, ale popularność zyskał dopiero pół wieku później, kiedy Zenon Przesmycki opublikował go na łamach czasopisma „Chimera”. Jest tu tęsknota za ojczyzną, ale też idealizowanie utraconego kraju. Oto w dalekiej Polsce z szacunku dla „darów nieba” podnosi się z ziemi byle kruszynę chleba, a bliźniego wita z wysokiego C: „Bądź pochwalony”. Zróbmy z tego gatunek, trzymając się ściśle wersyfikacji oryginalnej. I wyobraźmy sobie, że piszemy hen, hen, na obcej ziemi.

Czytaj dalej