Kto ukradł świątynię?
i
zdjęcie: Indra Dewa/Unsplash
Doznania

Kto ukradł świątynię?

Paweł Cywiński
Czyta się 5 minut

Turystyczne lustereczko, powiedz przecie, czego, a właściwie kogo brakuje w największej buddyjskiej świątyni na świecie?

Gdy w Biskupinie powstawały kilkumetrowe drewniane płoty warowne, władcy z dynastii Śailendrów postanowili zbudować w centralnej Jawie świątynię z ociosanych kamieni pochodzących z pobliskich kamieniołomów. Wydobyto z nich 55 000 m³ budulca. Kamienie te były tak doskonale wycięte i dopasowane, że ułożono je bez żadnej zaprawy cementującej – jeden na drugim, aż na wysokość 12. piętra. A na kamieniach znajduje się ponad 500 doskonale wyrzeźbionych posągów Buddy i kilka tysięcy reliefów opowiadających splecione historie wiary i władzy. Wnętrze skrywa zaś specjalnie zaprojektowany system kanalizacyjny, odprowadzający wodę podczas corocznych monsunowych burz.

Ten architektoniczny majstersztyk nazywa się Borobudur i jest największą buddyjską stupą na świecie. Lonely Planet zaczyna opis tej budowli kusząco: „To właśnie Borobudur na Jawie – wraz z Angkor Wat w Kambodży i Baganem w Birmie – powoduje, że pozostałe spektakularne świątynie Azji Południowo-Wschodniej wydają się niemal przypadkowe”.

Dimas Saputro, student ostatniego roku historii, który wychował się tuż obok Borobudur, ma jednak z tym opisem pewien problem. „To jest święte miejsce, to powinna być świątynia. Ale już nie jest, ukradli nam ją. Teraz oficjalnie nazywa się to atrakcją turystyczną”.

Informacja

Z ostatniej chwili! To ostatnia z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Jeszcze zanim świątynia została skradziona, na siedem stuleci zniknęła z map świata z zupełnie innego powodu. Po prostu o niej zapomniano. Gdy na Jawie zatriumfował islam, zaczęła porastać coraz gęstszą dżunglą.

Przed 203 laty na ruiny w dżungli natrafił korpus ekspedycyjny Thomasa Rafflesa, brytyjskiego kolonizatora, późniejszego założyciela Singapuru. Wiadomość o kamiennym gigancie szybko obiegła świat i rozbudziła wyobraźnię bywalców najważniejszych imperialnych salonów. Znalezisko zaczęto mierzyć, opisywać, z czasem restaurować, no i oczywiście rabować. Zaczęli też przybywać buddyści. A świątynia z dekady na dekadę piękniała, będąc częścią codziennego życia mieszkańców okolicznych wiosek, atrakcją dla przybywających od czasu do czasu turystów, szansą na zarobek dla straganiarzy i sprzedawców przekąsek.

Aż nastał rok 1973. Nagle wokół Borobudur zbudowano wielki płot, za którym zaczęła się formować nowoczesność. Wysiedlono świątynnych sąsiadów, przegoniono mnichów, wyrównano teren buldożerami i archeologicznymi łopatami, a świątynię rozebrano i zbudowano niemal na nowo. Po 10 latach prac w płocie pojawiła się wyrwa, w której zamontowano budki z kasami i pewnego dnia hucznie otworzono Turystyczny Park Borobudur.

Nowoczesność – ze swoim poddańczym stosunkiem do ludzkiego rozumu i stworzonych przez niego systemów społecznych, politycznych i ekonomicznych – jest również fundamentem turystyki. Turystyka z kolei ofiarowała rodzącej się w oświeceniu nowoczesności możliwość definiowania na nowo świata. To właśnie wtedy większość cudzych świątyń i rytuałów zaczęła zmieniać znaczenie i w wyobraźni nowoczesnych ludzi przemieniać się w turystyczne atrakcje.

Dean MacCannell, autor jednej z najważniejszych książek o turystyce Turysta. Nowa teoria klasy próżniaczej, tak opisywał ten mechanizm: „W krajach rozwijających się niektóre z najważniejszych atrakcji turystycznych wyłączono z ich oryginalnego kontekstu społecznego i religijnego, odbierając im pierwotne znaczenie po to, by mogły jawić się jako majestatyczne pomniki”.

Z czasem w sukurs turystyce przyszło UNESCO, które z europocentrycznym zacięciem zaczęło definiować światowe dziedzictwo ludzkości. W konsekwencji o wiele częściej stawały się nim budowle niż zwyczaje, spuścizna martwa niż ta żywa i zmieniająca się. Nowocześ­ni ludzie dziedzictwo widzieli bowiem przede wszystkim w pomnikach i zabytkach, a nie w pieśniach, potrawach czy językach.

Wraz z zamontowaniem kas indonezyjski rząd ogłosił, że po renowacji buddyści nie mogą już używać świątyni do zbiorowych ceremonii. Jest ich za wiele i co chwila trzeba by Turystyczny Park Borobudur zamykać dla zwiedzających, którzy pragną obcować z dziedzictwem ludzkości. Buddystom pozwolono modlić się we wspólnocie tylko raz w roku – w czasie święta Waisak. Na prywatne medytacje muszą zaś zakupić turystyczny bilet.

Zostali wyrzuceni ze świątyni nie tylko fizycznie, lecz także symbolicznie. Każde muzeum oparte jest na jakiejś opowieści. Naturalną opowieścią tego muzeum powinna być historia indonezyjskich buddystów. Tymczasem nie ma o nich ani słowa. Cała muzealna narracja jest zbudowana na historii wielkiego czynu archeologicznego, jakim była rekonstrukcja świątyni, i na kilku reliefach, które przedstawiają statek i są rzekomo dowodem na zapomnianą historię indonezyjskiego żeglarstwa. W pawilonie obok stupy znajduje się nawet rekonstrukcja żaglowca sprzed 1200 lat.

W tym roku do Borobudur przyjedzie 3,5 mln turystów. Prawdopodobnie będą tak bardzo przekonani, że zwiedzają największy na świecie buddyjski budynek świątynny, że nawet nie zauważą, że nigdzie nie ma gospodarzy tej świątyni – ubranych na pomarańczowo i ogolonych na łyso buddyjskich mnichów.

Dlatego Dimas Saputro miał problem z tym sformułowaniem. Powiedział jednak jeszcze coś: „To dziedzictwo wszystkich Indonezyjczyków i turystów – po czym dodał szybko – trochę bardziej jednak mieszkańców okolic Borobudur, a w szczególności buddystów”.

Jadąc obejrzeć jedno z najwspanialszych „dziedzictw ludzkości” w Azji Południowo-Wschodniej, warto odpowiedzieć więc sobie najpierw na pytanie: kto ukradł świątynię? I odpowiedzi poszukać w turystycznym zwierciadle. Bo być może mamy mniejsze prawo do przebywania w Borobudur niż ci, których tam nie ma. A być może ich tam nie ma, bo ukradziono im świątynię w naszym turystycznym imieniu.
 

Czytaj również:

Zbawiciele na wakacjach
i
Karolina Lubryczyńska (CC BY-NC-ND 2.0)
Marzenia o lepszym świecie

Zbawiciele na wakacjach

Turystyczny savoir-vivre
Paweł Cywiński

Zanim zdecydujemy się zaopiekować dziećmi w Kambodży lub Tajlandii, powinniśmy się zastanowić, czy tego rodzaju pomoc w ogóle ma sens.
Bo wolonturystyka to biznes, w którym dobro potrzebujących schodzi na drugi plan.

Chcesz zwiedzić dalekie kraje i przy okazji pomóc rozwiązać tamtejsze problemy? Nic łatwiejszego, wystarczy połączyć wakacje z wolontariatem – przeczytałem ostatnio na Facebooku. Na pierwszy rzut oka pomysł wydaje się kuszący. Wpisuję więc w wyszukiwarkę po angielsku wyrażenie „wolontariat za granicą”. Jako jedna z pierwszych stron wyskakuje mi Global Crossroad. Klikam. Jest to portal istniejącej od 15 lat instytucji, która wysyła wolontariuszy do 18 krajów w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Chwalą się, że za ich pośrednictwem wyjechało pomagać już ponad 20 tys. ludzi. „Dużo – myślę sobie – czyli mają doświadczenie”. Jedną z najczęściej pojawiających się na stronie ofert jest możliwość odbycia wolontariatu w domu dziecka. Klikam więc i natychmiast pojawia się zachęta. „Czy w Twoim wrażliwym sercu znajdzie się miejsce dla dzieciaków? Czy zawsze chciałeś wyjechać za granicę?” Na oba pytania odpowiedź jest tylko jedna: tak. Czytam zatem dalej. „Możesz wybrać się w podróż do tak egzotycznych miejsc, jak Kostaryka, Tajlandia, Sri Lanka, Brazylia i Nepal, aby udzielić tam swojej cennej i potrzebnej pomocy. Osierocone dzieci z całego świata potrzebują Twojej dobroci, współczucia i miłości”.

Czytaj dalej