Lepiej bez Nobla
i
Rekisentei (Chōkyōsai) Eiri
Przemyślenia

Lepiej bez Nobla

Piotr Stankiewicz
Czyta się 4 minuty

My, stoicy, mamy do wszelkich nagród, uhonorowań, orderów i innych odznak prestiżu stosunek sceptyczny. Wszystko to są bowiem rzeczy zewnętrzne, niezależne od nas.

Co mogę zrobić, żeby otrzymać puchar czy złoty medal? Mogę starać się biec jak najszybciej, dać z siebie wszystko, a i tak ostateczny wynik nie zależy ode mnie. Stoików interesuje wysiłek własny, a nie ostateczne miejsce na mecie… i to nawet w sporcie, gdzie możliwe jest sędziowanie w miarę bezstronne, a wyniki wyrażone są w sekundach, metrach i kilogramach.

A co dopiero w tak nieobiektywnej materii jak literatura! Przyznawanie nagród dla „najlepszych pisarzy”, wyróżnień dla „najlepszej książki roku”, stopniowanie działalności artystycznej, z definicji niemożliwej do bezstronnego uchwycenia, stanowi dla stoika intrygujący absurd. A już przypadkiem szczególnym jest literacki Nobel. Nagroda ogólnoświatowa, przyznawana pisarzom różnych języków, której kapituła nawet nie udaje, że jest w stanie przeczytać wszystko, co warto w danym roku wziąć pod uwagę. Bo nadmiar, bo tłumaczenia, bo rozgrywki koterii. Literackiego Nobla ufundowano na sprzecznościach, a hierarchię wartości, którą (niby) wprowadza – na pozorach.

Informacja

Z ostatniej chwili! To przedostatnia z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Oczywiście cojesienny szał zainteresowania (który w tym roku – szczęśliwie – nas ominie) generuje pewne zainteresowanie literaturą. Ale czy o takie zainteresowanie nam chodzi? Jedni się rzucają, żeby wykupić na taniej książce Ishiguro czy innego Modiano, drudzy się zarzekają, że „od zawsze” znają i cenią ich twórczość. „Wszystko to jest bardzo niemądre” – powiedziałby Marek Aureliusz. Zbyt często literatura jest używana do przechwałek, do budowania złudnych dystynkcji i fałszywej wyższości nad tymi, którzy „nie czytają” albo czytają, ale nie to, co akurat nakazuje moda. Tymczasem nie o to w tym wszystkim chodzi.

My, stoicy, mamy do wszelkich nagród, uhonorowań, orderów i innych odznak prestiżu stosunek sceptyczny. Wszystko to są bowiem rzeczy zewnętrzne, niezależne od nas. Co mogę zrobić, żeby otrzymać puchar czy złoty medal? Mogę starać się biec jak najszybciej, dać z siebie wszystko, a i tak ostateczny wynik nie zależy ode mnie. Stoików interesuje wysiłek własny, a nie ostateczne miejsce na mecie… i to nawet w sporcie, gdzie możliwe jest sędziowanie w miarę bezstronne, a wyniki wyrażone są w sekundach, metrach i kilogramach.

A co dopiero w tak nieobiektywnej materii jak literatura! Przyznawanie nagród dla „najlepszych pisarzy”, wyróżnień dla „najlepszej książki roku”, stopniowanie działalności artystycznej, z definicji niemożliwej do bezstronnego uchwycenia, stanowi dla stoika intrygujący absurd. A już przypadkiem szczególnym jest literacki Nobel. Nagroda ogólnoświatowa, przyznawana pisarzom różnych języków, której kapituła nawet nie udaje, że jest w stanie przeczytać wszystko, co warto w danym roku wziąć pod uwagę. Bo nadmiar, bo tłumaczenia, bo rozgrywki koterii. Literackiego Nobla ufundowano na sprzecznościach, a hierarchię wartości, którą (niby) wprowadza – na pozorach.

Oczywiście cojesienny szał zainteresowania (który w tym roku – szczęśliwie – nas ominie) generuje pewne zainteresowanie literaturą. Ale czy o takie zainteresowanie nam chodzi? Jedni się rzucają, żeby wykupić na taniej książce Ishiguro czy innego Modiano, drudzy się zarzekają, że „od zawsze” znają i cenią ich twórczość. „Wszystko to jest bardzo niemądre” – powiedziałby Marek Aureliusz. Zbyt często literatura jest używana do przechwałek, do budowania złudnych dystynkcji i fałszywej wyższości nad tymi, którzy „nie czytają” albo czytają, ale nie to, co akurat nakazuje moda. Tymczasem nie o to w tym wszystkim chodzi.

Ktoś dostaje Nobla – inni składają gratulacje. Czego właściwie gratulują? Napisania świetnej książki? Nie, ona przecież powstała wcześniej. Nikt tu nie oddaje czci samej twórczości, a więc temu, co uczcić i nagrodzić faktycznie warto by. Gratulując komuś Nobla, nie gratulujemy powołania do życia nowego dzieła… gratulujemy de facto tego, że w grze frakcji i stronnictw, podchodów i zabiegów, nacisków i uścisków dłoni, że w tej niejawnej grze jego akurat frakcja wzięła górę. A czy to jest naprawdę coś, czego warto gratulować? I czy było to coś zależnego od autora? Niespecjalnie.

Więc owszem, piszmy na Facebooku, że nowa piosenka Dylana jest genialna. Bo to jest właśnie literatura: święty akt stworzenia. Jest sens w lajkowaniu nowej piosenki. Ale lajk za Nobla? Komu to potrzebne?

Czytaj również:

Królestwo za orzechy
i
zdjęcie: Wouter Supardi Salari/Unsplash
Dobra strawa

Królestwo za orzechy

Dominika Bok

Przypominają kształtem ludzki mózg i znakomicie wpływają na pamięć, koncentrację oraz nastrój. Żeby były lepiej przyswajalne, warto namoczyć je przed spożyciem albo – w wersji dla zaawansowanych smakoszy – wytłoczyć z nich olej.

Sama nazwa orzecha włoskiego sugeruje, że ta roślina szczególnie lubi ciepło – typowe dla południowej Europy. Rzeczywiście w wyjaśnieniach etymologicznych jest trochę prawdy, gatunek ten można było spotkać w naszej – całkiem słonecznej wówczas – strefie klimatycznej, zanim nastała epoka lodowcowa, a wraz z nią doszło do wymarcia dużej części flory. Kiedy jednak orzech na dobre zadomowił się po raz wtóry na naszych terenach, doszło do zabawnej pomyłki. Tak naprawdę przywędrował on bowiem nie z Półwyspu Apenińskiego, lecz z Bałkanów przez Wołoszczyznę (górzystą krainę w Rumunii). Nie bez powodu w starych książkach kucharskich do dziś wśród wielu innych ingrediencji znaleźć można w przepisach „orzechy wołoskie”. Dolejmy jeszcze trochę oliwy do ognia tej językoznawczej historii: w Anglii orzechy włoskie nazywane są English walnut, Persian walnut, a czasami – kamień z serca – tylko walnut. Tyle określeń na jednego niepozornego orzeszka! Chociaż czy rzeczywiście tak niepozornego?

Czytaj dalej