Arundhati Roy w swojej nowej powieści demaskuje mit Indii, w których każdy odnajdzie szczęście, gdzie różnorodność i wielość tworzą rodzaj powłoki ochronnej i sprawiają, że bieda oraz przemoc wydają się mniej poważne. Przywraca im wymiar rzeczywisty.
Arundhati Roy trwa w oporze. Najważniejsza indyjska pisarka, w przeciwieństwie do wielu autorów piszących po angielsku, czytanych i emablowanych na Zachodzie, nie wyjechała z ojczyzny. Mimo to Zachód na nią czekał. Cierpliwie, od 20 lat. Od kiedy opublikowała powieść Bóg rzeczy małych i jako pierwsza Hinduska, pierwsza nieemigrantka otrzymała Nagrodę Bookera.
Tamtą powieść znają ludzie mówiący w ponad 40 językach. Mogła być doskonałym biletem do intelektualnej synekury. Roy mogła uczyć kreatywnego pisania w dobrze oświetlonych i klimatyzowanych salach Stanford University albo mieszkać w enklawie azjatyckich literatów na Brooklynie.
Została. Tkwi w Indiach po uszy, wikła się w politykę, w walkę o prawa pozakastowych, w bolączki wiejskich partyzantów, protesty przeciw broni jądrowej, przeciw tamom i hydroelektrowniom zatapiającym unikatowe kultury. Jest z Indiami – rozumianymi jako państwo niewydolne, dopuszczające się przemocy wobec 800 mln ubogich obywateli – w stanie otwartej wojny. Prowadzi ją jako pisarka i publicystka, autorka esejów krytycznych wobec globalizacji i militaryzacji Indii, kapitalizmu i korporatyzacji zasobów naturalnych będących dziedzictwem plemion i wiosek, a zawłaszczanych przez władze działające wspólnie z koncernami. Walczy jako obrończyni wypędzonych z własnej kultury i lokalnej ekonomii. Arundhati Roy jest jednoosobową armią w szarży, uzbrojoną w argumenty zbierane samodzielnie w terenie. Zmaga się z potworami współczesności niczym postać z globalnego mitu, w którym jej siostrą i mentalną bliźniaczką jest Naomi Klein.Przewrotny los rozłączył je tuż po narodzinach i wysłał z lustrzaną misją na przeciwległe krańce świata. Teraz obie biją na alarm i krzyczą głosami niesłuchanych. Cel mają wspólny, lecz Roy poza siłą intelektualną dysponuje również literackim zaklęciem.
Z Indiami rozumianymi jako mozaika cywilizacji i społeczności autorka trwa w uścisku. Jej nowa powieść, przed którą chylą czoła krytycy w Europie i USA (ci nad Gangesem skwapliwie milczą), jest wyrazem najtrudniejszego z uczuć. Taka miłość nie odbiera rozumu, nie przeszkadza widzieć zła, ale też nie zwalnia z poczucia przynależności. Roy jest wszyta w wielowątkową indyjską opowieść. Jest jej częścią, choć przyjmuje także rolę narratorki.
I to jakiej! Wyobraźmy sobie, że przy jednym stoliku spotkali się magiczni realiści: Salman Rushdie i Gabriel García Márquez. Po chwili dosiadł się Khushwant Singh – najbardziej uszczypliwy, bezpruderyjny i precyzyjny z indyjskich pisarzy. A potem dołączył Pedro Almodóvar operujący intensywną barwą i empatią, stawiający w świetle reflektorów tych, których rzeczywistość spycha do rynsztoka. Gdyby do tych talentów dodać furię bogini Durgi, hinduskiej pogromczyni demonów, powstałaby Arundhati Roy.
Nową powieść zatytułowaną The Ministry of Utmost Happiness (Ministerstwo najwyższej szczęśliwości) wydobyła z indyjskich trzewi. Ulepiła z gniewu i bezsilności, z nędzy i cekinów, z tortur i poematów, z realiów i legend, z intymności i polityki. Napisała odwrócony portret kraju. W finałowym akapicie Udaya, dziewczynka narodzona ze zbiorowego gwałtu i zaadoptowana przez hidźrę, kobietę, która dawniej była hermafrodytą, robi siusiu na jednym z tysięcy chodników tysiącletniej metropolii – Delhi. A potem nachyla się nad kałużą moczu i dostrzega połyskujące w niej odbicie miasta. Takim aktem: przewrotnym, metaforycznym, świętokradczym było napisanie powieści, w której przeglądają się teraz Indie.
Roy demaskuje mit subkontynentu, na którym każdy odnajdzie swoje szczęście, gdzie różnorodność i wielość tworzą rodzaj powłoki ochronnej i sprawiają, że bieda oraz przemoc wydają się mniej poważne, mniej prawdziwe. Pisarka przywraca Indiom wymiar rzeczywisty, wykorzystując w tym celu prawdziwe zmyślenia i fantastyczne figury. Ze wzgardzonych zaułków wyprowadza paradę fenomenalnych postaci, które zamieszkują bezlitosny pejzaż. Oprócz hidźry, zawieszonej pomiędzy płciami, społecznym odrzuceniem a szacunkiem, tytułowe ministerstwo szczęśliwości okupują także: samozwańczy naukowiec od kilkunastu lat prowadzący głodówkę i protestujący niemo na krawężniku przeciw wszelakim i spektakularnym niesprawiedliwościom Republiki Indii; niewysoki jegomość, który niemal oślepł od patrzenia w słońce, teraz posługuje się pseudonimem Saddam Husajn i czeka na okazję do zemsty za swoje krzywdy, a ulicami miasta porusza się na wychudzonym białym koniu. Są też bojownicy o niepodległość Kaszmiru (ci pakistańscy, kaszmirscy i ich umundurowani hinduscy wrogowie – wszyscy zaplątani w śmiertelną sieć), szlachetnie urodzona dama, która najpierw musiała oddać, a potem zaadoptować własną córkę pochodzącą z nieprawego łoża, by uniknąć linczu. I marksistowska rewolucjonistka, która dla walki gotowa była rozstać się z własnym dzieckiem i życiem. Są także postacie pomniejsze, wyłaniające się z trzeciego lub piątego planu, mówiące wieloma językami. W każdym innym kraju wydałyby się baśniowe, tu są z krwi, kości i bólu.
Ich historie splatają się na starym delhijskim cmentarzu, gdzie zamieszkuje Anjum – hidźra, która ocalała z krwawych zamieszek między hindusami a muzułmanami, i nie widzi już dla siebie miejsca pośród żywych. Otwiera pensjonat dla odmieńców. Jej gośćmi, jej plemieniem stają się ludzie o wyglądzie i pragnieniach nieprzystających do otoczenia. Wypluci poza rzeczywistość budują sobie pałac z odpadków cywilizacji.
Są w codziennym kontakcie z zaświatami, poplątali religie i obrządki, stworzyli enklawę utraconych marzeń i zagojonych ran. Są osobnym krajem – tyleż nielegalnym, co niewidocznym. Nikogo nie obchodzą.
Na zewnątrz jest codzienność regulowana bezprawiem, brakiem demokracji i wody w kranie. Roy pokazuje niepodległe Indie jako spotworniałe zaprzeczenie ładu. Swoje polityczne ostrze wsuwa zręcznie pomiędzy powieściowe instrumentarium, wkłada w usta bohaterom, dopisuje do ich ekstrawaganckich życiorysów największe wspólne traumy: makabrę wycieku w Bhopalu, zamieszek w Gudżaracie, kaszmirskiej wirówki wojna–pokój–wojna–pokój, walk maoistów w dżunglach. Swobodnie i mistrzowsko obchodzi się z czasem, przestawia kolejność zdarzeń i tworzy z nich skomplikowaną tajemnicę. Pokazuje swoje literackie możliwości, ale nie dla samego efektu – odnalazła właściwe narzędzia do opowiedzenia o Indiach niesamowitych, a także dotkliwych. Jak w ręcznie tkanym sari łączy nici w wyrafinowany splot. Otwarte zakończenie sugeruje, że mogłaby tak bez końca.
Jeśli szukać odpowiedników majstersztyku, który szykowała przez dwie dekady, to będzie nim Mahabharata. Rozległy indyjski epos, w którym – niby w ozdobnych puzderkach – piętrzą się historie, jedna ukryta w drugiej, bohaterowie wyłaniają się ze słów innych postaci, wątki rozmnażają, żaden nie jest najważniejszy, ale wszystkie – powiązane. Mahabharata to przebogaty historyczny patchwork, a The Ministry… stanowi jego współczesny epizod. Roy dopisała nowy rozdział wielkiej opowieści, którą Hindusi snują samym sobie, wszyscy naraz.
Jej bohaterowie mogą żyć w wolności, bo ich odrzucono, uznano za „niebyłych”. Swoją fantazją i idealizmem, uczuciową hojnością, skłonnością do romantyzmu i wyłamaniem z hierarchii powołują równoległą republikę. Jej granice kształtują adekwatnie do potrzeb. Tak jak granice powieści ulegają wyobraźni autorki. Roy, po latach tworzenia literatury non-fiction, powróciła do jedynego realizmu mogącego pomieścić indyjską złożoność i paradoksy – do fikcji.