Młodość i słodkie nieróbstwo dla wszystkich! Młodość i słodkie nieróbstwo dla wszystkich!
Przemyślenia

Młodość i słodkie nieróbstwo dla wszystkich!

Paulina Wilk
Czyta się 4 minuty

Oto kompendium prawdopodobnej przyszłości dla każdego. Lepiej przeczytać tę książkę, nim staniemy się nieśmiertelni. A to już za chwilę.

Przyszłość to takie coś, co do końca XX stulecia niosło głównie nadzieję i wiarę w bezgraniczne możliwości człowieka. I co w XXI wieku dziwnie przemieniło się w litanię zmartwień i lęków płynących z owych możliwości. Słowo „jutro” i jego scenariusze biotechnologiczne, klimatyczne czy wirtualne wykroczyły poza ramy gatunku science fiction, by niepostrzeżenie stać się naszą prozą codzienną, a jednocześnie nam spowszedniały i zaczęły straszyć. A to wizją robotów odbierających nam pracę i sens istnienia, a to prognozą nadejścia modyfikacji wewnątrzkomórkowych mogących bezpowrotnie zmienić istotę człowieczeństwa (o ile takowa istnieje) albo nadejściem inteligentnych wojen czy wreszcie – zagładą gatunku znanego dotąd jako homo sapiens.

Wszystkie te nadmuchane balony zręcznie przekłuwa Grzegorz Lindenberg – socjolog i rodzimy innowator świata mediów oraz firm technologicznych. W niewielkiej książce Ludzkość poprawiona, skrojonej w sam raz na możliwości przeciętnego współczesnego umysłu (mam tu na myśli możliwości przyswajania złożonej wiedzy w jednostce zawsze deficytowego czasu), zajmuje się najważniejszymi elementami postępu, który w namacalny sposób i w niedalekiej perspektywie (najbliższe 30 lat) wysadzi nas z siodła, w którym jedziemy od kilku stuleci.

Warto spędzić z tą lekturą wieczór lub dwa (dłużej nie zajmie) z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze to ultrarzadki w Polsce przykład erudycji technologiczno-naukowej, wysiłku skompilowania i przetrawienia dość skomplikowanej wiedzy, a następnie przełożenia jej na język nie tylko pojmowalny, ale wciągający, sprawiający czytającemu frajdę. Lindenberg pisze, co z nami będzie, jak opowieść przygodową. Przesyca ją optymizmem, rysuje pogodny obraz nadchodzących z wysokim prawdopodobieństwem zmian. Nie ma tu nic z futurologicznej naiwności – są fakty, dowody triumfów, przełomowe odkrycia, doskonalone mechanizmy i nowe dane, które skłaniają do spoglądania na nas z rodzajem dumy i zdrową dawką nadziei.

Sporo w tej opowieści konkretów i przykładów, klarownie wyłożonych zjawisk i badań, ale równie dużo rozważań – o cieniach i szansach rozwoju nauk wszelkich, o tym, co właściwie oznaczać będzie dla nas nieśmiertelność i co zrobią z czasem wolnym setki milionów ludzi pozbawionych nudnej pracy przez inteligentniejsze i bardziej wydajne maszyny. Lindenberg wyważa obawy i entuzjazm, rysuje perspektywę pogłębionych nierówności społecznych, w których pracę, zdrowie, długowieczność i pieniądze zachowują elity – ludzie już zamożniejsi, lepiej wykształceni, wykonujący unikatowe zawody i mający dostęp do drogich zabiegów. Ale pokazuje też realne perspektywy uniwersalnych korzyści – zwiększenia się liczby czasu wolnego na skutek przejęcia mechanicznych, „bezmyślnych” czynności zawodowych przez maszyny, rysuje horyzont ludzkości pochłoniętej słodkim nieróbstwem, a finansowanej właśnie z uwspólnionych zysków wypracowanych przez roboty.

Dużo uwagi autor poświęca mechanizmowi CRISPR/Cas9, odkrytemu zaledwie kilka lat temu, a umożliwiającemu szybką, niedrogą i łatwą modyfikację zespołów genów w dowolnym organizmie. Opisuje dokładnie, jakie szanse to odkrycie daje w zakresie leczenia nieuleczalnych dziś chorób i szerzej, w odnawianiu naszych organizmów tak, byśmy, żyjąc coraz dłużej, cieszyli się zdrowiem dziś utożsamianym wyłącznie z młodością. Ten sam mechanizm pozwoli ludziom zupełnie inaczej, zdrowiej i efektywniej produkować żywność, unikać chorób w ogóle lub skutecznie je leczyć. Ale może też posłużyć do stworzenia broni biologicznej i otwarcia nowych wymiarów terroryzmu. Lindenberg wskazuje, że zdolność modyfikowania własnych genów jest największym wyzwaniem – wymaganiem dojrzałości – przed jakim stanęła ludzkość.

Drugim świetnie poprowadzonym wątkiem jest istota i rozwój sztucznej inteligencji, a także jej przyszłych form, to jest perspektywy stworzenia komputerów tak inteligentnych jak ludzie, zdolnych – jak my – do skomplikowanych procesów samodoskonalenia. Autor pokazuje, co sztuczna inteligencja już umie, w czym już człowieka przerasta i jakie jej słabości wydają się możliwe wkrótce do ulepszenia. No i co będzie, gdy inteligentniejsze od nas istoty zaczną się jeszcze szybciej doskonalić?

Lindenberg zatrzymuje się dokładnie tam, gdzie dobrze udokumentowany aktualny stan trendów pozwala tworzyć zdroworozsądkowe przewidywania. A zamiast sączyć złowieszcze – i nieco już przeżute – tezy, szykuje dla czytelnika wspaniałe ćwiczenie z myślenia. To książka, która ucieszy czytelników Homo deus Harariego czy Factfulness Roslinga.

Konia z rzędem, że każdy po tej lekturze bardziej polubi człowieka, którym jest, i tego, którym się stanie.

 

Czytaj również:

Haft opowiadający o wojnie Haft opowiadający o wojnie
i
Berthe Morisot, „Embroidery”, 1899, Wikimedia Commons (domena publiczna)
Wiedza i niewiedza

Haft opowiadający o wojnie

Elisabeth Åsbrink

Czasem przypadkowe znalezisko może wiele nam powiedzieć o historii, traumie i przeżyciach ludzi, które kryją się za pozornie zwykłymi przedmiotami. A także, być może, o nas samych.

Pewnego dnia, kilka lat temu, szłam z mężem ulicami Kopenhagi. Było to późnym latem, może pod koniec sierpnia lub na początku września, w każdym razie w jeden z tych dni, kiedy słońce świeci ciemnożółtym i miękkim światłem, ale i tak wprawia w przygnębienie, bo kres lata może nadejść w każdej chwili. Nie spieszyliśmy się. W mieście panował spokój, a większość sklepów była zamknięta. Ciemnozielone liście drzew pokrywał pył. Przechadzaliśmy się bez celu, właśnie przecięliśmy Israels Plads, gdzie w weekendy spontanicznie rozkłada się pchli targ, i planowaliśmy pójść gdzieś na kawę, kiedy nagle zobaczyłam coś, przez co musiałam przystanąć. Akurat tamtej niedzieli stał tam tylko jeden stół, obładowany starymi futrami z norek, mosiężnymi świecznikami, popielniczkami, biżuterią ze sztucznymi kamieniami i sztućcami z niepolerowanego srebra. Ale było tam też coś jeszcze. Na ziemi oparty o nogę stołu stał obraz. Dostrzegłam go, właściwie w ogóle na niego nie patrząc. Dopiero gdy przechodziliśmy obok, zauważyłam, że to tak naprawdę oprawiony w ramę haft i że właśnie przeczytałam na nim słowo „Hitler”. Wyszyte haftem krzyżykowym? Odwróciłam się, by się przyjrzeć, i wypatrzyłam kolejne wyhaftowane słowo: „Gestapo”. Tuż obok widniały litery „SS”. Nazistowska makatka? Postanowiłam kupić obraz. I tak też zrobiłam. Mąż niósł go całą drogę do domu wyszytym motywem skierowanym w stronę ciała.

Czytaj dalej