Na pozór trywialna opowieść Na pozór trywialna opowieść
Przemyślenia

Na pozór trywialna opowieść

Tomasz Wiśniewski
Czyta się 1 minutę

Ponury żart oficyny wydawniczej związanej ze znanym środowiskiem podejrzanych prozaików-awanturników z Inowrocławia. Grupa ta, skłonna do szyderstwa i nieprzyzwoitych gestów, tym razem wzięła na celownik nadchodzące katolickie święto.

Książka, o której mowa, napisana pod znaczącym pseudonimem (wsłuchajmy się w brzmienie: D-M-N LICHO-), skrywającym utalentowanych tchórzów literatury, ma formę autobiografii. To na pozór trywialna opowieść o losach biseksualnego mężczyzny, jedynaka, która popadł w głęboki konflikt psychologiczny z własnym ojcem. Chłopak porzuca dom rodzinny, zaczyna cenić i sławić wszystko, czego nie cenił jego ociec. Nie rozumie, że w gruncie rzeczy jest tylko lustrzanym odbiciem ojcowskiej osobowości; ten bunt to zależność, a nie wolność, lecz w swej neurozie mężczyzna nie zdaje sobie z tego sprawy. Bunt dotyczy również kuriozalnych aspektów bytu: przykładowo, ociec lubił patrzeć w niebo – syn nigdy nie podnosił głowy; ojciec podziwiał ptasie skrzydła – syn wolał kopyta. Czytelnicy tej książki właściwie dopiero na ostatniej stronie dowiadują się, że przeczytali autobiografię diabła.

Czyż nie jest wyrazem złego stylu publikować w przededniu celebracji Zmartwychwstania Zbawiciela zbeletryzowane dzieje Jego Wroga?

Inowrocławska literatura przeżywała różne okresy, ale obecny jest bez wątpienia najbardziej niemoralny. Chciałbym przyczepić się do warsztatu twórców Mojego życia, ale niestety, w tym względzie byli doskonali: czyta się to znakomicie, choć, podkreślam, z końcowym zażenowaniem.

Czytaj również:

Haft opowiadający o wojnie Haft opowiadający o wojnie
i
Berthe Morisot, „Embroidery”, 1899, Wikimedia Commons (domena publiczna)
Wiedza i niewiedza

Haft opowiadający o wojnie

Elisabeth Åsbrink

Czasem przypadkowe znalezisko może wiele nam powiedzieć o historii, traumie i przeżyciach ludzi, które kryją się za pozornie zwykłymi przedmiotami. A także, być może, o nas samych.

Pewnego dnia, kilka lat temu, szłam z mężem ulicami Kopenhagi. Było to późnym latem, może pod koniec sierpnia lub na początku września, w każdym razie w jeden z tych dni, kiedy słońce świeci ciemnożółtym i miękkim światłem, ale i tak wprawia w przygnębienie, bo kres lata może nadejść w każdej chwili. Nie spieszyliśmy się. W mieście panował spokój, a większość sklepów była zamknięta. Ciemnozielone liście drzew pokrywał pył. Przechadzaliśmy się bez celu, właśnie przecięliśmy Israels Plads, gdzie w weekendy spontanicznie rozkłada się pchli targ, i planowaliśmy pójść gdzieś na kawę, kiedy nagle zobaczyłam coś, przez co musiałam przystanąć. Akurat tamtej niedzieli stał tam tylko jeden stół, obładowany starymi futrami z norek, mosiężnymi świecznikami, popielniczkami, biżuterią ze sztucznymi kamieniami i sztućcami z niepolerowanego srebra. Ale było tam też coś jeszcze. Na ziemi oparty o nogę stołu stał obraz. Dostrzegłam go, właściwie w ogóle na niego nie patrząc. Dopiero gdy przechodziliśmy obok, zauważyłam, że to tak naprawdę oprawiony w ramę haft i że właśnie przeczytałam na nim słowo „Hitler”. Wyszyte haftem krzyżykowym? Odwróciłam się, by się przyjrzeć, i wypatrzyłam kolejne wyhaftowane słowo: „Gestapo”. Tuż obok widniały litery „SS”. Nazistowska makatka? Postanowiłam kupić obraz. I tak też zrobiłam. Mąż niósł go całą drogę do domu wyszytym motywem skierowanym w stronę ciała.

Czytaj dalej