Na tropie zebry w Gandawie
i
Villa de Bondt, zdjęcie: Maciej Plewiński
Doznania

Na tropie zebry w Gandawie

Ewa Pawlik

W poprzednim numerze „Przekroju” wspomniałam o zafascynowanym Polską Belgu, Wimie Vadeckerhove, który towarzyszył nam podczas wizyty na targach Paris Photo, i zapowiedziałam kontynuację tego wątku, więc aby danego na piśmie słowa dotrzymać i uniknąć lawiny listów zawiedzionych czytelników, wraz ze skromną delegacją „Przekroju” wybrałam się zimą do stolicy Flandrii Wschodniej – Gandawy.

Hotel Orion, w którym się zatrzymaliśmy, był kiedyś prywatną rezydencją królowej belgijskiej Elżbiety. Utrzymany jest w stylu art déco, ale tylko z zewnątrz. W środku natomiast widzimy znane z Polski, szczególnie z domów wczasowych, zjawisko: podczas przeprowadzonego przed kilku laty generalnego remontu wnętrze zostało stylistycznie osadzone w latach 90., raczej wczesnych. Jeszcze zdecydowanie nie w tu i teraz. Łazienka mojego pokoju, który dawniej był biblioteką, tonie w mocnej czerwieni, potężny kominek zdobią plastikowe tulipany, a solidne, obłe fotele pokrywa ekologiczna skóra. W recepcji uwagę przyciąga niski stolik kawowy zrobiony z fałszywych pieniędzy. Ściany wokół wybudowanego w garażu basenu o rozmiarach wanny zdobi nieudolny fresk przedstawiający Gandawę przez wieki. Na pozostałych ścianach swojska przecierka. Wszystko bogate, ale liche, eleganckie, ale niedopracowane, ani stare, ani nowe, zawieszone w bezczasie.

Plakat z cyklu „The </figure></div><div 
  >
  <div 
    class=
Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Wiedza i niewiedza

Kolonializm z drugiej ręki

Max Cegielski

Na pierwszej wystawie poświęconej kulturze europejskiej w Japonii najważniejsze eksponaty stanowiły wóz cygański i aparatura do pędzenia bimbru. Przekaz był jasny: Europejczycy są wędrownymi alkoholikami.

Max Cegielski: Po 1989 r. skończyły się w Polsce kłopoty z paszportami i zaczęliśmy masowo podróżować. Ale nasz stosunek do innych kultur, zwłaszcza tych pozaeuropejskich, jest coraz bardziej niechętny. Wykazują to badania i widzimy to na co dzień. Dlaczego tak się dzieje?

Joanna Wasilewska: Podróże kształcą tego, kto ma już pewne podstawy, żeby być dalej kształconym, albo bardzo otwarty umysł. Ważne jest co innego – nie byliśmy nigdy krajem kolonialnym, co zapewnia nam poczucie złudnego moralnego komfortu. Nie zostaliśmy kolonialistami nie dlatego jednak, że byliśmy lepsi od innych, tylko dlatego, że nie wzięliśmy udziału w podziale świata, sami będąc wtedy narodem podbitym. W okresie międzywojennym natomiast pojawiły się możliwości marzeń i pewne pretensje (Liga Morska i Kolonialna), że nie znaleźliśmy się w gronie dzielącym globalny tort. Nasze myślenie o świecie pozaeuropejskim, mimo braku kolonii, i tak było mocno kolonialne. Brak kolonii skutkował natomiast mniejszą znajomością świata niż w krajach, które były zamorskimi potęgami. Ich mieszkańcy mają dużo na sumieniu, ale z drugiej strony są trochę przyzwyczajeni do inności. Jeśli się słyszało, że dziadek był urzędnikiem w Indiach i miał tam miejscową służbę, jest to niefajne z dzisiejszego punktu widzenia, ale oznacza, że potomek widział na zdjęciach dziadka z tym służącym. Na pewno musi sobie przepracować, że dziś ten człowiek nie zajmuje już pozycji służącego, ale jest chociaż od pokoleń przyzwyczajony do obecności ludzi o innym kolorze skóry. W Holandii trafiłam kiedyś na targ staroci. Ileż tam było indonezyjskich przedmiotów! Tam czy np. w Wielkiej Brytanii do dziś ze strychów wyciąga się egzotyczne pamiątki – w większości rzeczy banalne, ale człowiek wychowany w takim otoczeniu jest przyzwyczajony chociażby do większej różnorodności form. Nie reaguje natychmiastowym odrzuceniem: czemu to takie inne, niepodobne? A my co najmniej od czasu zaborów jesteśmy bardzo skupieni na sobie. Taka sytuacja może powodować łatwiejszy wzrost agresji wobec nieznanego. Homogeniczność utrwalona w PRL została bardzo łatwo zaakceptowana, zapomnieliśmy swoich Żydów, swoich Niemców i Ukraińców. I ta jednolitość nam się spodobała.

Czytaj dalej