Niezwykła książka autobiograficzna będąca wynikiem rzadko dziś spotykanej odwagi cywilnej. Oto stronice przepełnione opisami wstrząsających i przejmujących przeżyć psychicznych autora. Część recenzentów już zarzuciła Zbyszkowi Dołkowi przesadną nadwrażliwość. Pewna znana felietonistka posunęła się nawet do stwierdzenia graniczącego z dobrym smakiem, że mamy tu do czynienia z przypadkiem „nerwicy kataleptycznej” (cokolwiek to znaczy!), którą przekuto w prozę. Zapomnijmy jednak o tych kalumniach niegodnych rzetelnej krytyki. Całą machinę fabularną Jądra goryczy napędza tajemnicze wydarzenie z życia naszego mistrza pióra: otóż pewnego pochmurnego poranka wielki prozaik – w sposób dosłowny – potknął się o otomanę. Zaczęło się. Ostry ból przeszył wybitną mózgownicę. Lawina gorzkich wrażeń runęła. Pisarz stracił humor. Stracił humor na dobre, jak nikt inny przed nim w tym stuleciu. Porzucił rodzinę, wyjechał z kraju, rozważał zakończenie kariery literackiej, sięgnął po używki, uwikłał się w sieć niezadowalających amorów. Podkreślmy, że wszystko to zostało opisane skrupulatną i błyskotliwą frazą, jaka zachwyci nawet laika w kuchni stylu. Wykute przez Dołka metafory na długo zapadają w pamięć. Nie mam wątpliwości co do tego, że w przyszłym roku nagrody literackie się posypią – już nawet widzę te werdykty jury, że dawno nie mieliśmy w naszej literaturze niczego tak mocnego!