O naturze męskości
i
ilustr. Joanna Grochocka
Opowieści, Sztuka + Opowieści

O naturze męskości

Tomasz Wiśniewski
Czyta się 1 minutę

W ostatnim czasie najtęższe umysłu epoki pochylają się nad istotą prawdziwej męskości. Czym jest? I idą za ciosem, pytając dalej: gdzie się zapodziała?

Nie wiadomo, czym jest, ale wiadomo, że wszyscy ją zgubili.

Pułapki współczesnych teorii, labirynty pojęć doprowadziły do obłędu niejednego felietonistę. Pomimo ryzyka, chciałbym dołączyć do dyskusji.

Informacja

Z ostatniej chwili! To trzecia z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Otóż sądzę, że prawdziwi mężczyźni siedzą dziś w przedszkolu.

Nikt nie kocha bardziej samochodów niż czterolatek, pięciolatek. Nikt nie zna się lepiej na robotach. Nikt z większym skupieniem nie studiuje anatomii dinozaura – bestii, którą każdy nosi w sobie.

W kontekście tego faktu trudno nie zacytować słów Jezusa z Ewangelii według św. Mateusza: "Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego". Postawmy na chwilę znak równości między Królestwem Niebieskim a naszą Prawdziwą Naturą. Myślę, że to rzuca cenne światło w naszej dyskusji, oświetlając zarazem kierunek, w którym powinien udać się każdy mężczyzna: wojna, powszechna motoryzacja, wizje przerażającej przyszłości, potwory – owszem, tyle że na niby.

Czytaj również:

Dom z cukru
i
Wassily Kandinsky, „Houses at Murnau”, 1909, public domain via WikiArt
Opowieści, Sztuka + Opowieści

Dom z cukru

Silvina Ocampo

Są domy z papieru, betonu oraz cukru. Te ostatnie wyjątkowo niepokojące i niebezpieczne, szczególnie dla przesądnych. 

Przesądy nie dawały Cristinie spokoju. Moneta z zamazaną reszką, plama atramentu, księżyc widziany przez szybę, inicjały jej imienia i nazwiska nabazgrane przypadkiem na pniu cedru przerażały ją aż do szaleństwa. Kiedy się poznaliśmy, miała na sobie zieloną sukienkę, którą nosiła, aż sukienka się porwała, bo, jak mi mówiła, przynosi jej szczęście, a kiedy zakładała inną, tę niebieską, co nawet lepiej leży, wtedy się nie spotykaliśmy. Próbowałem walczyć z tymi absurdalnymi obsesjami. Zwróciłem jej uwagę, że ma w pokoju pęknięte lustro i że choć wiele razy mówiłem, że powinno się pęknięte lustra wyrzucać do wody, podczas księżycowej nocy, i tak odpędzić pecha, ona wciąż je trzymała; nigdy się nie bała, że światło w domu może raptownie zgasnąć i, choć to pewna oznaka śmierci, spokojnie zapalała dowolną liczbę świec; zawsze kładła na łóżku kapelusz, a to błąd, którego nikt by nie popełnił. Jej lęki miały charakter osobisty. Narzucała sobie radykalne ograniczenia: na przykład nie mogła kupować truskawek w grudniu ani słuchać określonego rodzaju muzyki, ani trzymać w domu dla ozdoby czerwonych rybek, choć tak je lubiła. Pewnymi ulicami nie wolno nam było chodzić, z pewnymi osobami się spotykać, w pewnych kinach bywać. Na początku naszego związku przesądy te wydawały mi się urocze, ale z czasem zaczęły mnie irytować i poważnie martwić. Kiedy się zaręczyliśmy, musieliśmy poszukać nowego mieszkania, ponieważ jej zdaniem los wcześniejszych mieszkańców będzie mieć wpływ na jej życie (nigdy nie mówiła o moim życiu, jakby niebezpieczeństwo groziło tylko jej i nasze losy nie zostały połączone miłością). Sprawdziliśmy każdą dzielnicę; dotarliśmy na najdalsze przedmieścia w poszukiwaniu mieszkania, którego wcześniej nikt nie zajmował: wszystkie były albo wynajęte, albo sprzedane. Wreszcie trafiłem na domek przy ulicy Montes de Oca, który wyglądał, jakby był z cukru. Jego biel błyszczała z niesamowitą intensywnością. Miał pod łączony telefon, a od frontu ogródek. Pomyślałem, że dom pewnie dopiero co postawiono, ale dowiedziałem się, że w 1930 roku zamieszkiwała go pewna rodzina i potem, przed kolejnym wynajmem, właściciel przeprowadził mały remont. Musiałem wmówić Cristinie, że nikt tu wcześniej nie mieszkał i że to idealne miejsce: dom z naszych marzeń. Kiedy Cristina go ujrzała, wykrzyknęła:

Czytaj dalej