Palcami po piasku
i
Kadr z filmu "Ulica" (1976)
Sztuka + Opowieści, Przemyślenia

Palcami po piasku

Mateusz Demski
Czyta się 8 minut

Filmy Caroline Leaf uchodziły za najprawdziwsze szczyty i kamienie milowe amerykańskiej animacji. Ba, uznaje się ją za ewenement na skalę światową, jedną z największych wizjonerek w historii – mówi Jerzy Kucia, wybitny reżyser filmów animowanych. – Wielu producentów zachodziło w głowę, dlaczego nigdy nie dostała Oscara. Kiedy patrzę z perspektywy czasu, to wcale się nie dziwię. Dla mnie Caroline zawsze miała w sobie coś z outsidera. Nie realizowała filmów świadomie pod gusta jurorów. Nie goniła za sukcesem, sławą. Trzymała się na uboczu. To twórczość leżąca poza głównymi traktami.

Stała się klasykiem współczesnego kina, choć określenie to nie pasuje do kogoś, o kim niemal nikt nie słyszał. Aż trudno uwierzyć, że artystka, która przez blisko pół wieku tworzyła kanon światowej animacji, była nominowana do Oscara i nagród Brytyjskiej Akademii Filmowej, wciąż żyje w cieniu. Jak to możliwe, że o Leaf nie piszą podręczniki i encyklopedie? No cóż, czasem zdarzają się enigmatyczne przypadki, małe perełki do zbadania i do odkrycia.

Tworzyć spokojnie, na uboczu

Urodziła się 12 sierpnia 1946 r. w Seattle. Jej ojciec był uznanym w środowisku lekarzem, matka zajmowała się dziećmi. W domu nikt nie interesował się sztuką, raczej nie mówiło się o kinie. Mimo to ciągnęło ją w kierunku działań artystycznych. Zainteresowała się literaturą, malarstwem, architekturą. Dużo czytała i sama lubiła opowiadać historie. A kino? Tak jakoś przyszło. Przypadkiem. „Nie pamiętam, żebym w dzieciństwie oglądała kreskówki. Ja nawet nie wiedziałam, czym tak właściwie jest ta animacja” – śmieje się.

W połowie lat 60. rozpoczęła studia na Ha

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Kino na Granicy: Czeski sen
i
"King Skate", reż. Šimon Šafránek, 2018 r.
Sztuka + Opowieści, Opowieści

Kino na Granicy: Czeski sen

Mateusz Demski

Każdy, kto wybiera się do Cieszyna nie tylko na piwo, powinien zarezerwować sobie czas w maju i odwiedzić Kino na Granicy. Ten znakomicie skomponowany polsko-czeski festiwal jest rezultatem 21 lat pracy, tysięcy pokazów i atrakcji pozafilmowych. Kino na Granicy czerpie siłę i popularność z wpisanej w to wydarzenie rozmowy dwóch kultur, dwóch bliskich sobie narodów. W końcu wizytówką festiwalu pod batutą Jolanty Dygoś jest budowanie kina „bez granic”.

Mimo że różnie między nami i sąsiadami bywało, dziś łączy nas przecież coraz więcej, a stanie na swoich pozycjach: „tu my, tam oni”, zastąpiło przenikanie się wzorców polskich i czeskich. Nie ma lepszego miejsca, by tego dowieść. W końcu Cieszyn i Czeski Cieszyn to jedno miasto. Po obu stronach Olzy pije się to samo spienione piwko z lokalnego browaru, zajada smażonym serem w barach mlecznych. Polacy w sklepach przyjmują korony, Czesi złotówki. My chodzimy na filmy po czesku, oni na te po polsku. Jeżeli pogoda dopisze, na widzów czekają projekcje transgraniczne – ekran jest po polskiej stronie, publiczność po czeskiej. Zaczynamy dzień w kawiarni Kornel i Przyjaciele, kończymy w legendarnej hospodzie Orlice. Polacy stają się Czechami, a Czesi Polakami.

Czytaj dalej