Wizje i rewizje Wizje i rewizje
Przemyślenia

Wizje i rewizje

Tomasz Wiśniewski
Czyta się 2 minuty

Gdyby wiernie spisać dzieje powstania tej powieści, powstałaby historia, którą z powodzeniem można by opublikować jako osobny utwór. Na początku 1939 roku na przedmieściach Dublina niejaki Henry McKenna miał ją stworzyć, będąc pod silnym wpływem kokainy; narkotyk połączył z alkoholem; nie przeżył powrotu do zmysłów. Rękopis przeglądał znajomy McKenny, James Joyce, który, pod wielkim wrażeniem lektury, trzęsącą się ręką strącił na tekst butelkę taniego piwa. Ocalały raptem dwa rozdziały; Joyce w ramach zadośćuczynienia dopisał resztę, posługując się pamięcią. Ta afera, o której szeroko mówiono w literackich środowiskach Irlandii, zwróciła uwagę kolejnego wielkiego irlandzkiej literatury, Flanna O'Briena. Autor Trzeciego policjanta, przeczytawszy ocalałe dzieło, zapragnął dopisać do niej kolejny rozdział; pomysł rozwścieczył Joyce'a, który odnalazł w nim ukryte założenie, że on, James Joyce, z którego pamięcią faktycznie nie było już dobrze, zmyślił swoją część, a więc O'Brien może zmyślać dalej. Niebawem wybuchła wojna i o powieści McKenny zapomniano; dopiero w ostatnich latach odkryła ją grupa pisarek związanych z ruchem anarchofeministycznym o nazwie Group 23.

Więcej o kulisach powstania dzieła można przeczytać w przedmowie. Niektórzy spekulują, że jest to przemyślna mistyfikacja wspomnianej Group 23, która zapragnęły ośmieszyć niezdarność, głupotę i pijaństwo męskich bożyszcz literatury swojego kraju. Problematyczne jest jednak samo istnienie tej grupy – każdy bowiem może się przekonać, że Internet milczy na jej temat.

Co do samego tekstu McKenny, jest to opowieść o spotkaniu druidów podczas wyjątkowego, pogańskiego święta, obchodzonego co dwadzieścia trzy lata. Jeden z kapłanów uczestniczy w ceremonii spożycia grzybów halucynogennych i dyktuje swoją wizję kolegom po fachu. Druidzi zachwycają się tą serią obrazów, widząc w jej słownej ekspresji poemat, w błyskotliwy sposób oddający celtyckiego ducha. Ktoś jednak przez przypadek drze zapisany tekst; komuś udaje się zapamiętać zniszczone fragmenty. Nie mogę zdradzić więcej, ale jest to niezwykle wciągająca opowieść z dużą ilością fabularnych zapętleń, które dezorientują czytelnika.

Bez wątpienia, w najbliższych miesiącach będziemy wiele rozmawiać o tej niezwykłej powieści, jak i spekulować o jej autorstwie. I muszę na koniec wspomnieć, że mamy tu do czynienia ze świetnym tłumaczeniem Tomaszewskiego, który, przynajmniej w moich oczach, swoim translatorskim kunsztem urasta do roli współczesnego Boya-Żeleńskiego.

Czytaj również:

„Brain Damage” Stephen Queen – recenzja „Brain Damage” Stephen Queen – recenzja
i
zdjęcie: Rey Seven/Unsplash
Rozmaitości

„Brain Damage” Stephen Queen – recenzja

Tomasz Wiśniewski

Najnowsze dzieło mistrza powieści psychologicznej nie przynosi rozczarowania. To historia profesora filozofii i neurobiologii, który pod wpływem Drzwi percepcji miał podjąć niezwykle radykalne decyzje życiowe. W swoim słynnym eseju Aldous Huxley sformułował hipotezę, zgodnie z którą narkotyki ujawniają prawdziwą naturę rzeczywistości, na co dzień niedostrzegalną, nasz mózg bowiem – zorientowany na cele praktyczne i radzenie sobie w środowisku – hamuje dostęp do wyższego poznania. Psychodeliki zaś chwilowo wyłączają te naturalne blokady.

Bohater powieści Queena uparcie twierdzi, że jeśli chce dotrzeć do prawdy o rzeczywistości i doświadczyć jej w pełni, musi zrezygnować ze swojego mózgu.

Czytaj dalej