Wystawa przed końcem sztuki
i
"Czego nie zrobili barbarzyńcy, zrobił Barberini" ("What the barbarians did not do, did the Barberini"), 2012/2013, zdjęcie: dzięki uprzejmości Zachęty
Przemyślenia

Wystawa przed końcem sztuki

czyli jak przetapiać naboje na dzwony
Stach Szabłowski

Hiwa K, Irakijczyk, Kurd, uchodźca, gwiazdor sztuki współczesnej z Berlina, to fascynująca postać. W Zachęcie pokazuje wybór najważniejszych prac z ostatniej dekady. Wystawa rozgrywa się między polami bitewnymi Bliskiego Wschodu, szlakami migracyjnymi a sytą Europą, ku której te szlaki prowadzą. Jest polityczna i gorąca. W salach Zachęty płoną ognie kuźni, w których kopuły rzymskich świątyń przetapia się na armaty, a pociski z bliskowschodnich pól bitewnych przekuwa na kratki ściekowe. Wysłuchujemy starych kurdyjskich opowieści i zupełnie świeżych historii o paradoksach europejskich procedur azylowych. Jest na tej wystawie również dzwon. Zdobią go asyryjskie motywy pochodzące, podobnie jak sam autor, z Mezopotamii. Metal, z którego wykonano dzwon, jest jednak polski, materiał wykorzystany do jego odlania to przetopione pociski naszej armii, która przecież także przyłożyła rękę do irackich wojen.

To jeden z wielkich tematów Hiwy K: przepływ materii między polem kultury a polem wojny. Dlatego artysta tak zainteresował się pewną kurdyjską odlewnią, w której wraki czołgów, sprzęt wojskowy, łuski po pociskach przetapia się na różne metalowe przedmioty przydatne w czasie pokoju. W Iraku brakuje wielu rzeczy, ale po ostatnich burzliwych dekadach wojennego złomu jest pod dostatkiem. W otwierającej wystawę monumentalnej instalacji artysta łączy tę współczesną anegdotę z epizodem z dziejów renesansowego Rzymu, którego władca, papież Urban VIII z rodu Barberinich, kazał przetopić antyczny, wykonany z brązu strop Panteonu na armaty. „Czego nie zniszczyli barbarzyńcy, zniszczył Barberini” – mówi się od tego czasu w Rzymie.

W sztuce Hiwy K wojna jest najfatalniejszą, ale zarazem ostateczną formą kapitalizmu, a ponieważ wszyscy, chcąc nie chcąc, uczestniczymy w kapitalizmie, wszyscy jesteśmy również zamieszani w wojnę. W Zachęcie przypomina nam o tym dzwon odlany z polskich pocisków. Przyczepiony jest do niego gruby sznur. Można za niego pociągnąć; trzeba się do tej roboty trochę przyłożyć, bo dzwon jest ciężki, ale kiedy uda się go rozhuśtać, wydaje niesamowity dźwięk.

"Nazhad i projekt dzwonu" ("Nazhad and the Bell Project"), 2007-2015/2019, zdjęcie: dzięki uprzejmości Zachęty
„Nazhad i projekt dzwonu” („Nazhad and the Bell Project”), 2007-2015/2019, zdjęcie: dzięki uprzejmości Zachęty

Komu jednak bije ta dźwięczna rzeźba?

W intencji artysty wszystkim. W sztuce Hiwy K globalne problemy nie dzielą się na „ich” kłopoty i „nasze” troski. W jego świecie w ogóle nie ma żadnych „onych”, jesteśmy tylko „my” – i wszystkie problemy są wspólne.

W Europie takimi ludźmi jak Hiwa K straszy się małe dzieci. Populiści obiecują, że wystarczy zamknąć granice przed uchodźcami, a globalne problemy przestaną dotyczyć naszego dostatniego pierwszego świata i będziemy żyli długo i szczęśliwie. W Polsce nie tylko chętnie słuchamy tego rodzaju obietnic, ale nawet dajemy im wiarę, więc wystawa Hiwy K dobrze nam zrobi.

Czyż bez zaangażowanych artystów świat nie byłby o wiele gorszy? Ale czy dzięki ich sztuce staje się choć trochę lepszy?

Niektóre prace Hiwy są naprawdę fantastyczne. Na przykład wideo Widok z góry

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Slow art w Susch
i
Bieraria Veglia, jeden z budynków Muzeum Susch. Widok od strony rzeki Inn. © Art Stations Foundation CH
Opowieści

Slow art w Susch

Stach Szabłowski

Na wysokości 1438 m nad poziomem morza Grażyna Kulczyk spełniła swoje marzenie o muzeum sztuki w alpejskiej wsi. Wioska jest mała, ambicje duże, muzeum niezwykłe. „Przekrój” odwiedził je w przededniu otwarcia. 

Szwajcaria to nie jest do końca mój kawałek ciastka. Ledwie stawiam stopę na tej świetnie zagospodarowanej, posprzątanej i kosztownej ziemi, a już czuję się trochę jak nielegalny imigrant. Zdaje się, że to uczucie nie tylko kiełkuje w moim sercu, ale i maluje się na twarzy, bo zaraz po przylocie do Zurychu zostaję wybrany z tłumu pasażerów do wyrywkowej kontroli. Celnik nieśpiesznie gmera mi w plecaku i jednocześnie prowadzi interrogację w tonie towarzyskiej pogawędki. Rzuca okiem na moje ciepłe ciuchy i pyta, czy do Polski przyszła już konkretna zima. Mówię, że nie taka jak ta, która czeka mnie w Susch, bo tam właśnie się wybieram.

Czytaj dalej