
Brevoortowie byli starym rodem z Albany, choć ich fortuna nie dotrzymała kroku poważanemu nazwisku. Trzy pokolenia nieudanych polityków i powieściopisarzy sprowadziły ich do stanu szacownego ubóstwa.
Dom ich na Pearl Street, jeden z pierwszych, które pobudowano w całym mieście, stanowił uosobienie owej szacowności, życie Leopolda i Catherine Brevoortów obracało się zaś w dużej mierze wokół jego utrzymania. Nim jeszcze Helen przyszła na świat, pozamykali górne piętra, aby całą uwagę poświęcić dolnym, tam bowiem podejmowali gości. Salon ich był ośrodkiem życia towarzyskiego w Albany, a kurczący się majątek nie przeszkadzał w przyjmowaniu u siebie Schermerhornów, Livingstonów i Van Rensselaerów. Ich przyjęcia cieszyły się ogromnym powodzeniem, gdyż panowała na nich rzadko spotykana równowaga między lekkością (Catherine miała talent do rozbudzania w swoich rozmówcach poczucia, że doskonale wręcz znają się na sztuce konwersacji) a powagą (Leopolda powszechnie uważano za jeden z miejscowych autorytetów we wszelkich sprawach intelektualnych i moralnych).
W ich kręgach paranie się polityką uznawane było za dość podłe zajęcie, literatura natomiast zalatywała bohemą. Mimo to pan Brevoort łączył w sobie odziedziczone po przodkach niedżentelmeńskie zamiłowanie do służby publicznej i słowa pisanego – efektem tej pasji były dwie rozprawy na temat filozofii politycznej. Gdy jednak oba dzieła przyjęte zostały z całkowitym milczeniem, rozgoryczony skupił się na młodej córce i przejął pieczę nad jej edukacją. Kiedy przyszła na świat, był zanadto skupiony na swoich podupadających sprawach, aby poświęcać jej większą uwagę, lecz teraz, gdy postanowił się zająć jej wykształceniem, zachwycała go pod każdym możliwym względem. W wieku pięciu lat była już zapaloną czytelniczką, ojciec