Czarne słońce Czarne słońce
i
ilustracja: Joanna Łańcucka
Pogoda ducha

Czarne słońce

Adam Aduszkiewicz
Czyta się 11 minut

Ciemność jest zaprzeczeniem wszystkiego, czego doświadczam, o czym myślę i na co mam nadzieję, grzejąc się w promieniach słońca na górskiej łące. Czy powinienem o niej myśleć? Czy może lepiej tę ponurą wizję odrzucić i cieszyć się pełnym obietnic ciepłem dnia?

Jest wiosna. Stoję przed górskim domem i patrzę na zalaną słońcem łąkę. W nocy spadł śnieg. Białe płaty kryją się przed ciepłymi promieniami w cieniu lasu, ale na łące po śniegu nie ma już śladu. Gdzieniegdzie widać nawet małe żółte kwiatki. Drewniana ściana domu jest nagrzana jak w lecie. Ziemia pachnie życiem, które za parę dni odrodzi się po miesiącach ciemności i zimna.

Dla kogoś dotkniętego depresją świat wygląda zupełnie inaczej. William Styron w Ciemności widomej – eseju, w którym opowiada o włas­nej depresji, pisze o doświadczeniu gasnącego wieczornego światła, o osaczającym zewsząd przytłaczającym, gęstniejącym blasku. O otchłani ciemności, dojmującym doznaniu straty i opuszczenia, utraty wiary w siebie, utraty poczucia włas­nego ja, a wraz z nim wszelkiej wiary we własne siły. O gwałtownym lęku przed opuszczeniem i samotnością. Nie ma już otwartej przestrzeni, perspektywy ani w sensie fizycznym, ani psychicznym. W relacji Styrona „rozpacz […] zaczyna przypominać diaboliczną mękę uwięzienia w jakimś potwornie przegrzanym ciasnym pomieszczeniu. A ponieważ do wnętrza tego kotła nie dociera nawet najlżejszy powiew powietrza i ponieważ z tego dusznego więzienia, w którym nie daje się oddychać, nie ma żadnej możliwości ucieczki, jest jak najbardziej naturalne, że w pewnej chwili udręczona ofiara zaczyna obsesyjnie myśleć o samobójstwie”.

Informacja

Z ostatniej chwili! To trzecia z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Tytuł eseju Styrona pochodzi z Raju utraconego Miltona, gdzie „ciemność widoma”, wydobywająca się z płomieni, z których nie pada blask, odsłania przed oczami strąconych z nieba aniołów obszary smutku i bolesnych cieni. Stracili wszystko, a mieli tak wiele. Znaleźli się w miejscu, „gdzie wypoczynek i spokój przenigdy/Mieszkać nie będą, nie przyjdzie nadzieja”. Doświadczenie straty ma, jak pisze Julia Kristeva (Czarne słońce), w depresji podstawowe znaczenie. Straty, z którą nie można się pogodzić. Utraty czegoś, co wydawało się cenne jak życie: bliskich osób, szans, nadziei, wolności… Wreszcie świadomość nieuchronnej utraty samego życia. Ale nie sama strata jest najważniejsza, lecz niezgoda na nią. „Moja depresja – pisze Kristeva – pozwala mi zrozumieć, że nie umiem tracić: być może nie umiałabym odnaleźć zadośćuczynienia mojej straty? Wynika stąd, że każda strata pociąga za sobą utratę mojego Bytu”. Depresja wynika z niezdolności do uznania straty. Oderwania się od tego, co utracone, opowiedzenia sobie i innym o tym, co się stało, ujęcia tego w słowa. Znalezienia sensu. Depresja i doświadczenie non-sensu idą w parze. W depresji słońce traci swój blask i zmienia się w swoje przeciwieństwo: czarne słońce, Sol Niger.

Demony wychodzą w południe

Sol Niger brzmi jak ponury oksymoron. Zaprzeczenie wszystkiego, co daje i do czego odnosi się w swej symbolice Słońce. Nawet więcej niż zaprzeczenie. Jak zapowiedź wywrócenia porządku rzeczy i ostatecznej grozy. W Apokalipsie po otwarciu szóstej pieczęci ziemia się zatrzęsła, a „słońce stało się czarne, jak wór włosiany”. W jasny dzień przychodzi pora, gdy słońce ukazuje swą mroczną stronę. „Negatywny aspekt Słońca – pisze wybitna jungistka Marie-Louise von Franz – jest szczególnie widoczny w gorących krajach, gdzie palące światło słoneczne w południe niszczy wszystkie rośliny. W gorących krajach duchy wychodzą na świat w południe, a na przykład w Biblii pojawia się demon południa. Mroczna cienista strona Słońca jest demoniczna”.

Sol Niger jest zaprzeczeniem wszystkiego, czego doświadczam, o czym myślę, na co mam nadzieję, grzejąc się w promieniach wiosennego słońca na górskiej łące. Czy powinienem myśleć o czarnym? Czy wskazuje jakąś drogę? Czy może lepiej tę ponurą wizję odrzucić i cieszyć się pełnym obietnic ciepłem wiosennego dnia?

Stanton Marlan, autor książki The Black Sun: The Alchemy and Art of Darkness, opowiada w niej historię pastora, który podzielił się z nim swoimi doświadczeniami związanymi z Sol Niger. Pastor spotykał się regularnie z psychoanalitykiem i kiedyś w ramach swojej terapii narysował obrazek przedstawiający dwie postacie, jego i kowboja na pustyni, obok piramidy. Nad nimi po lewej stronie unosiło się wielkie czarne słońce. Wtedy jeszcze nie zwrócił na nie uwagi, ale gdy sześć miesięcy później zapadł na ciężką depresję, zaczął dostrzegać związek między swoim stanem a obrazem czarnego słońca, który uznał za zapowiedź nadchodzącej choroby. W jego życiu zaczął się trudny, przełomowy okres. Porzucił pracę kapelana. Po 17 latach dość trudnego związku przeprowadził separację z żoną. Mieszkał i pracował sam. Jego depresja się pogłębiała. Gdy opowiedział o tym swojemu analitykowi, usłyszał: „Pana stan wcale się nie pogarsza, lecz polepsza”. Pastor uznał, że analityk go nie zrozumie, rozstał się więc również z nim, żeby – jak sądził – ocalić swoje życie.

Po półtorarocznej nieskutecznej walce z depresją trafił na osiem miesięcy do szpitala. Tam zaczął na powrót porządkować swoje życie. Przeczytał wtedy w jakiejś książce C.G. Junga o pęknięciu w męskiej umysłowości, które sprawia, że kobieta jest przez mężczyznę oskarżana o wszystko, co w mężczyźnie jest ciemne. Pastor uświadomił sobie, jak obciążone były jego relacje z kobietami. Dostrzegł, że zawsze uważał kobiece uczucia za coś niższego i potrzebującego jego intelektu, by je oświecił. Uczucia były dla niego częścią czegoś nieznanego. Częścią czarnego słońca, którego się bał.

Ale to był dopiero początek. Rozmyślając nad znaczeniem „czarnego słońca”, pastor doszedł do wniosku, że psychoterapia czy psychoanaliza nie wystarczy, żeby je zrozumieć. Że ten ciemny obraz ma jakąś niewiarygodną, niewyczerpaną energię. W końcu lektury i rozmyślania doprowadziły go do tego, że po 20 latach służby protestanckiego pastora zdecydował się na konwersję na prawosławie. Przez kolejne siedem lat zgłębiał tradycję prawosławną, aby teraz za jej pomocą dociec, czym jest „czarne słońce”. Aż odkrył teologię negatywną i dostrzegł, że prowadzi ona do Boga nie przez wyrafinowane teologiczne spekulacje, ale poprzez odarcie ze złudzeń zarówno na temat Boga, jak i samego siebie. Symbolika Sol Niger i depresja pozwoliły mu w wymiarze psychologicznym dostrzec tę stronę siebie, którą lekceważył i spychał w niebyt. Uwolnił się od złudnego przekonania, że liczą się tylko intelekt, klarowne rozumowanie, dobrze uzasadnione poglądy, jasne pojęcia. Zrozumiał, że jest w nim coś jeszcze, co ze wszech miar warte jest akceptacji. Dostrzegł również stronę Boga, wobec której światło inteligencji zawodzi, gdzie pozostaje tylko negacja, odrzucenie obrazów i słów. Stał się pełniejszym człowiekiem.

Pałac, w którym chroni się niedojrzałość

Piękno zalanej wiosennym słońcem łąki może być zwodnicze. Donald Kalsched w książce Wewnętrzny świat traumy przypomina opowiedzianą kiedyś przez Apulejusza z Madaury historię Erosa i Psyche. Psyche była królewską córką, tak piękną, że „mężczyźni tracili mowę w jej obecności i wielbili ją, jakby była samą boginią Afrodytą”. Dlatego właśnie jej brzydsze siostry dość szybko znalazły sobie mężów, a ona nie. Najgorsze jednak, że Afrodycie bardzo się nie podobało, iż śmiertelniczka rywalizuje z nią urodą. Wysłała więc swego syna Erosa, by pomścił zniewagę i sprawił, że piękna Psyche zakocha się w najbrzydszym z ludzi. Eros jednak urzeczony jej urodą uniósł Psyche na wschodnim wietrze do pałacu tak wspaniałego, iż Psyche – mimo że była królewską córką – niczego podobnego wcześ­niej nie widziała. Każdej nocy odwiedzał ją i kochali się. Jednak Eros, który musiał się ukrywać, znikał zawsze przed brzaskiem. Rodzice i siostry szukali Psyche. Uprosiła Erosa, aby sprowadził je do pałacu. Tak się stało. Na widok wspaniałości otaczających Psyche zapłonęły zazdrością i nienawiścią. I zaczęły namawiać ją, żeby złamała obietnicę daną Erosowi i postarała się go zobaczyć. Powinna to zrobić, bo – jak twierdziły – na pewno jest wstrętnym potworem, który prędzej czy później okrutnie ją zamorduje. Pełna wątpliwości i lęku dziewczyna zapaliła w nocy lampę i zobaczyła swojego kochanka. Młodego i pięknego. Cóż, kiedy kropla rozpalonej oliwy z lampy oparzyła i obudziła Erosa, który natychmiast odleciał.

Psyche, która była w ciąży, popadła w czarną rozpacz. Chciała się zabić. Co gorsza, gdy Afrodyta dowiedziała się o romansie, zapałała gwałtowną nienawiścią. Nie wnikając w szczegóły, Psyche – aby odzyskać Erosa – musiała wykonać wiele ciężkich prac zesłanych na nią przez wściekłą Afrodytę. Na szczęście znalazła pomoc różnych przyjaznych istot. Koniec końców połączyła się z ukochanym, a Zeus pobłogosławił ich związek i zabrał Psyche w niebiosa, czyniąc ją jedną z nieśmiertelnych.

W tej pełnej znaczeń opowieści zwraca uwagę wątek wspaniałego pałacu, do którego trafia Psyche na początku opowieści. Powraca on w baśniach i ludzkich marzeniach. Wyniosłe wieże, w których księżniczki czekają na swoich rycerzy, kryształowe zamki, w których czarnoksiężnicy przetrzymują piękne panny, przedstawiają – pisze Kalsched – odszczepioną pozytywną stronę ludzkiej jaźni. Te świetliste fantazje są schronieniem dla niedojrzałego ja (Psyche) przed mozołem życia. Schronieniem, jak pokazuje mit, nietrwałym. Kiedyś trzeba zadać sobie pytanie, jak naprawdę wygląda świat. Wyjść z dziecięcych fantazji. Doświadczyć niegodziwości i bólu. Wtedy zaczyna się trudny i bolesny okres konfrontowania się z ciemną stroną życia i ciemną stroną siebie. Z czymś, co znacznie chętniej dostrzegamy w innych ludziach niż w sobie.

Czego musiał doświadczyć Hiob

Carl Gustav Jung opisywał proces duchowej przemiany, odwołując się do procesu alchemicznego, którego pierwszym etapem jest nigredo, czyli czernienie: „Konfrontacja z cieniem powoduje zrazu powstanie stanu martwej równowagi, zastoju uniemożliwiającego podejmowanie decyzji moralnych […]. Wszystko staje się wątpliwe, toteż alchemicy trafnie określali ów stan mianem nigredo, tenebrositas, chaos, melancholia”. To punkt wyjścia opus magnum, wielkiego dzieła przemiany. Punkt, w którym trzeba uznać istnienie ciemnej strony życia i ciemnej strony samego siebie. Uświadomić ją sobie i połączyć z jasną stroną. Marie-Louise von Franz pisała o tym tak: „Coniunctio zachodzi w podziemiach, w mroku, gdzie nie świeci żadne światło. Właśnie wtedy, gdy jest się zupełnie zagubionym, gdy traci się świadomość, coś nowego rodzi się lub jest wytwarzane; nowa osobowość rodzi się w najgłębszej rozpaczy, w najgłębszym przygnębieniu. Właśnie wtedy, gdy goni się resztkami sił, zdarza się moment coniunctio, następuje zjednoczenie przeciwieństw”.

O tym opowiada biblijna Księga Hioba. Gdy Hiob był u szczytu powodzenia, Szatan – nie bez racji – zwrócił Bogu uwagę, że bogobojność Hioba nie może być wiarygodna, skoro nie zaznał nigdy nieszczęścia, nie doświadczył smutku, straty, nie dotknął prawdziwej tajemnicy życia. Bóg zgodził się z tą argumentacją. Hiob został wystawiony na ciężkie próby. Jedną z nich były rozmowy z przyjaciółmi, życzliwie namawiającymi go, by uznał, że klęski, których doświadcza, są logiczną karą za jego grzechy. Hiob długo bronił swojej niewinności: „Biada mi – mówi – biada, gdybym wam słuszność przyznał. Aż do skonania od mojej niewinności nie odstąpię”. I ma rację, bo gdy w końcu w wichrowej burzy pojawia się Bóg, nie rozlicza Hioba z jego poczynań, lecz po prostu stawia mu fundamentalne pytanie: „Gdzieżeś był, kiedy zakładałem podwaliny ziemi?”. Jasne, że Hiob żyje wygodnie i przyzwoicie w swoim poukładanym, bezpiecznym świecie, w którym może myśleć, że wszystko obraca się wokół niego. Ale świat taki nie jest. Świat to coś nieskończenie więcej. To piękno i groza natury, to fascynujący i przerażający bezmiar kosmosu, to również pycha i mrok ludzkiego serca. Także serca samego Hioba. W pewnej chwili Bóg mówi: „Czy chcesz wniwecz obrócić moją sprawiedliwość? Mnie obwinić, aby oczyścić siebie?”. Przerzucić na Boga odpowiedzialność za to, że Hiob w samozadowoleniu nie dostrzegł, że on sam i ludzie wokół niego ciągną za sobą swój cień. Bóg uczy Hioba: „Rozlej srogość swego gniewu, spójrz na każdą pychę i poniż ją […]. Wtedy i tobie przyznam, że zbawcza jest twoja prawica”. Tego Hiob zrobić nie może. Nie może poradzić sobie z ludzką pychą i głupotą, tym bardziej że dopiero zaczyna rozpoznawać swoją. Musi pojąć swą słabość i ograniczenie, złudzenie niewinności i podatność na klęskę. Dopiero gdy mówi: „Dlatego żałuję i korzę się, tak jak tu jestem, w prochu i popiele”, Pan podnosi go z upadku. Dopiero gdy ciężko doświadczony Hiob zrozumiał i rozstał się ze złudzeniem bezpiecznego i szczęśliwego życia oraz złudzeniami na temat siebie, „Pan pobłogosławił późnym latom Hioba bardziej niż wczesnym…”. Hiob dożył 140 lat i umarł „stary i syty dni”. W drugiej połowie życia wiedział już, że życie naznaczone jest stratą. Majątku, bliskich ludzi i niewinności, do czego również z boleścią trzeba się przyznać.

W IV w. Ewagriusz z Pontu, asceta i autor znaczących dla chrześcijańskiej duchowości dzieł, wyprzedzając wywody współczesnych psychologów głębi, pisał o smutku jako jednym z ośmiu duchów zła, że „bierze się czasem z niespełnionych pragnień, czasem zaś jest następstwem gniewu”. Jego współczesny komentator o. Szymon Hiżycki OSB, opat tyniecki, rozwija tę myśl następująco: najpierw pojawia się gniew na niespełnione pragnienia, marzenia i nadzieje (bywa, że jeszcze dziecięce), a gdy energia gniewu się wypali, przychodzi smutek, „czyli powoli narastająca, pogłębiająca się frustracja, rezygnacja”. Demon smutku jako jedyny nie daje żadnej przyjemności i pokazuje świat „jako pewnego rodzaju beznadzieję, jako rzecz, która przynosi generalnie tylko zawód, ludzi, którzy nie dają radości, raczej tylko wykorzystują, i zachęca do tego, aby człowiek absolutnie się wycofał, poddał, opuścił głowę i przestał walczyć, dlatego że świat jest pełen nikczemności i nie ma już żadnej nadziei”. Demon smutku mówi: dotknęła cię ciemność, spotkała cię krzywda albo ty zawiniłeś i wszystko już stracone. A inny zwodziciel woła: hej, nic się nie stało, nie przejmuj się, uwierz w swój potencjał, wszystko będzie dobrze. Żaden nie powie, że prawdziwa przemiana wymaga zgody na to, co ciemne we mnie. Zgody, która chroni przed zamknięciem w fantasmagorii kryształowego pałacu.

Światło i cień

Idąc za czarnym słońcem, dowiadujemy się, jak pisze Marlan, że ciemność nie jest fazą, którą można przejść i pójść dalej. Ciemność jest niezbywalnym wymiarem życia. Ciemność – pisał inny wybitny jungista James Hillman – ma swój cel. Uczy wytrwałości, przezorności, uwalnia od przywiązań, wyostrza spojrzenie tak, że możemy nie tylko widzieć ciemność, lecz także widzieć poprzez nią. Patrzeć poprzez ciemność to znaczy rozumieć jej nieustanną dekonstruktywną aktywność jako coś niezbędnego do psychologicznej przemiany.

Gdy patrzę na zalaną światłem słońca łąkę, widzę również cień zalegający w lesie i wiem, że razem tworzą doskonałą całość.

Czytaj również:

Krótka historia tragiczna – 3/2018 Krótka historia tragiczna – 3/2018
Rozmaitości

Krótka historia tragiczna – 3/2018

Tomasz Wiśniewski

Hrabia Jean Pierre Partre urodził się w 1786 roku w Bastylii jako wynik złego pomysłu swoich rodziców. Jego wczesne lata nie należały do łatwych; tylko do siódmego roku życia chorował na ospę wietrzną, gruźlicę, różyczkę, wąglik, leptospirozę, brucelozę i bąblowicę. Miał szalonego guwernera; co dzień uczył się alfabetu innego języka; w konsekwencji nie potrafił mówić, pisać i czytać w żadnym z nich. Rówieśnicy wytykali palcem jego pozorną głupotę; nie należał do przystojnych. Mylił kierunki; szukając łazienki, trafiał do kuchni i na odwrót. Szybko osierociał i zaczął głodować; wylądował na ulicy. Nie dbał o higienę. Jego kontakty z kobietami ograniczały się do kontaktu wzrokowego. Miewał napady ostrej melancholii; wybudzały go z niej szturchańce ulicznych rzezimieszków. Zmarł w osamotnieniu na siedem lat przed swoimi narodzinami. Nie dość tego, odmówiono mu  istnienia i jest postacią tylko zmyśloną. Zdaniem badaczy to najtragiczniejsza postać Europy końca XVIII wieku.

Czytaj dalej