Rozniecić wewnętrzny ogień Rozniecić wewnętrzny ogień
i
Jogin podczas praktyki tummo, zdjęcie: Tanumanasi/Wikimedia Commons (CC BY-SA 3.0)
Złap oddech

Rozniecić wewnętrzny ogień

Aleksandra Kozłowska
Czyta się 9 minut

Lekarstwo na chorą duszę? Oczywiście joga.

Ale tym razem praktykowana w niestandardowych warunkach – na śniegu lub w wannie wypełnionej lodem.

Oto słowa Milarepy, słynnego tybetańskiego mistrza Buddyzmu Diamentowej Drogi, który żył na przełomie XI i XII w. Wspomniana przez niego „piękna cnota tummo” (tummo, g-tummo) jest słynną praktyką buddyjską, zwaną też Jogą Wewnętrznego Żaru. Tummo oznacza po tybetańsku dosłownie „dziką, gniewną” energię, ogień wewnętrzny. Ale ciepło ogarniające ciało adepta stanowi tylko efekt uboczny. Celem tej medytacji jest bowiem doświadczenie błogości i pustki.

Na białych górach z cieniutką bawełnianą moją szatą
Zmagały się śniegi i wiatry.
Śnieg topniał i zmieniał się w strumień.
Huczący wicher zatrzymywał się na cienkiej mojej szacie bawełnianej,
Która okrywała żar wewnętrzny.
Oto był widok walki na śmierć i życie…
Zwyciężyłem jednak, zostawiając pustelnikom dobitny przykład
Tego, co może dać piękna cnota tummo.

Informacja

Z ostatniej chwili! To druga z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Gimnastyka umysłu

To chyba nie przypadek, że fragment poematu Milarepy przytoczyła w książce Mistycy i cudotwórcy Tybetu kobieta o niespożytej energii wewnętrznej – Alexandra David-Néel. Ta francuska emancypantka, podróżniczka i pisarka (a także śpiewaczka operowa!) w ciągu swojego ponad stuletniego życia (1868–1969) zwiedziła m.in. Indie, Japonię, Chiny i Mongolię. Najważniejszym jednak miejscem, do którego dotarła – prawdopodobnie jako pierwsza Europejka – był dla niej Tybet. Przebrana za żebraczkę dostała się nawet do Lhasy, pilnie strzeżonej przed obcymi.

David-Néel zgłębiała buddyzm na tyle skutecznie, że przyznano jej godność lamy. Lata 1911–1924, które spędziła w tybetańskich klasztorach, opisała we wspomnianym dziele (wydanym we Francji w 1929 r., a w Polsce po raz pierwszy w 1938 r.). Barwnie, ale bez neofickiej egzaltacji opowiedziała zarówno o religii i kulturze Tybetu, jak i o tajemniczych mocach mistyków. W rozdziale „Sporty psychiczne” opisała m.in. medytację tummo. Wymieniła też jej rodzaje: tummo popularne, które powstaje samoistnie podczas „niezwykłych stanów zachwytu i stopniowo otula mistyka miękkim, ciepłym płaszczem bogów”, tummo tajemnicze – ułatwiające ascecie życie wśród górskich śniegów, oraz tummo mistyczne – pozwalające medytującemu poczuć „błogość raju”.

Alexandra poznała tummo dosłownie na własnej skórze, dzięki radom czcigodnego lamy: „Kazał mi się udać na odosobnione miejsce, wykąpać się tam w lodowatym strumieniu i nie obcierając ciała ani nie wkładając odzieży, spędzić bez ruchu noc na medytacjach” – wspomina autorka. Nie kryła potem dumy, że po całym tym doświadczeniu nawet nie kichnęła.

Nagość lub cienka bawełniana szata to tylko jeden z wymogów związanych z praktyką tummo. Ważne jest również miejsce, koniecznie na świeżym powietrzu, z dala od domów. Do tego post przed praktyką – żadnego śniadania ani gorących napojów! Początkujący mogą siedzieć na słomianej macie, a zaawansowani bezpośrednio na śniegu albo lodzie. Medytację zaczyna się od ćwiczeń oddechowych. Jogini wierzą, że rytmiczne wydechy pomagają wyrzucić z siebie pychę, gniew, nienawiść, pożądliwość, lenistwo i głupotę. Z kolei dzięki głębokim wdechom napełnić nas może duch Buddy, błogosławieństwo świętych, pięć mądrości oraz wszystko, co wzniosłe i dobre.

Pora na wizualizacje. Według Alexandry praktyk „wyobraża sobie, że na własnym jego ciele na wysokości pępka istnieje złoty kwiat lotosu”. W tym gorejącym lotosie jaśnieje sylaba ram (część mistyków tybetańskich uważa, że prawidłowo wymówiona może wzniecić ogień), nad nią zaś – sylaba ma. Z tej drugiej sylaby wyłania się bogini Dorje Naljorma, z którą medytujący się utożsamia. Podczas wizualizacji kolejnych liter oddech staje się powolny i głęboki. Dla joginów wdech jest niczym wiatr rozniecający we wnętrzu człowieka ogień. „Myślami uczeń stale posuwa się za ogniem, który wspina się do góry żyłą zwaną uma i biegnącą środkiem ciała” – tłumaczy autorka książki.

Takich symbolicznych arterii jest znacznie więcej. To dzięki nim medytujący rozprowadza po własnym ciele energię duchową. Umę należy sobie wyobrazić jako coraz szerszy kanał wypełniony ogniem, który do tego stopnia rośnie, że w końcu pochłania cały świat. Jogin ma wówczas wrażenie, że siedzi „pośrodku żarzących się fal oceanu ognia”. Stopniowo jednak wszystkie te wizje układają się w odwrotnym porządku. Ogień słabnie, a uma kurczy się do rozmiarów włosa. Umysł pogrąża się w pustce, nie ma już podziału na podmiot i przedmiot. Wszelka pożądliwość została wypalona. Medytujący może też wizualizować sobie słońca w obu dłoniach, na podeszwach stóp oraz poniżej pępka. Rozcierając dłonie lub stopy, wypełni ogniem całe ciało.

Nie ma się czym chwalić

Ciepło mistyczne wywołuje także ciepłotę fizyczną. Dzięki temu mnisi mogli żyć w wysokogórskich jaskiniach, pośród śniegu i lodu ubrani jedynie w cienką szatę (albo wręcz nago). Podróżniczka wspomina o egzaminach, które musieli zdawać adepci tummo. W zimną księżycową noc szli z nauczycielem nad rzekę lub jezioro. Na miejscu, jeśli się okazywało, że jezioro jest zamarznięte, wykłuwali przerębel. Następnie siadali na brzegu i owijali się zmoczonymi w lodowatej wodzie tkaninami. Zadaniem egzaminowanych było wysuszenie materiału za pomocą medytacji tummo – w dodatku nie jeden raz, lecz na okrągło, aż do świtu. W ten sposób najlepsi osuszali mokry materiał po 40 razy. Inny test polegał na siedzeniu na śniegu i topieniu go ciepłem własnego ciała. Im większy zasięg roztopienia, tym oczywiście wyższy poziom zaawansowania ucznia. Choć Alexandra swój rozdział kończy mało skromnym wyznaniem o własnych „nadzwyczajnych rezultatach” w sztuce tummo, pisze też, że prawdziwi mistrzowie nigdy nie obnoszą się ze swoimi mocami. Nie one są bowiem celem duchowego rozwoju, stanowią jedynie efekt uboczny podążania Diamentową Drogą.

Kiedyś Budda spotkał wychudzonego jogina żyjącego samotnie w lesie od 25 lat. Gdy spytał go, jaką moc dzięki temu osiąg­nął, asceta z satysfakcją odparł: „Mogę przejść w poprzek rzeki, idąc po wodzie”. Na co Budda odpowiedział współczująco: „Naprawdę straciłeś tyle czasu na takie głupstwo? Przecież przewoźnik przewiózłby cię na drugą stronę za niewielką opłatą”.

Tummo pod lupą

Technika tummo oraz funkcjonowanie mózgu pogrążonego w stanie medytacji stały się w końcu przedmiotem badań naukowych. Po raz pierwszy Jodze Wewnętrznego Żaru przyjrzał się bliżej Herbert Benson z Harvard Medical School w Stanach Zjednoczonych. W 1981 r. w Dharamsali w północnych Indiach przebadał trzech mnichów, którzy mieli już za sobą ponad sześcioletnią praktykę medytacji tummo. Jogini przez 10 lat mieszkali w nieogrzewanych kamiennych chatach, usytuowanych na wysokości 1800–2800 m n.p.m. Podczas eksperymentu prowadzonego przez Bensona buddyści byli pogrążeni w medytacji przez niemal godzinę. Znajdowali się w pomieszczeniu, w którym temperatura wynosiła zaledwie 5°C. Na ramionach kładziono im mokre prześcieradła. Osuszyli je trzykrotnie. Czujniki przymocowane do ciał ascetów wykazały, że potrafią oni podnieść temperaturę palców rąk i stóp o 8,3°C. Benson uznał, że to efekt rozszerzenia naczyń krwionośnych, choć nie potwierdził tego badaniami. Odrzucona została też hipoteza o przyśpieszonym metabolizmie, który miałby zwiększyć energię w ciałach mnichów. Choć naukowcy zaobserwowali, że temperatura ciała u medytujących wzros­ła, nie umieli niestety przekonująco wyjaśnić, jak to możliwe.

Kolejny raz naukowcy przyjrzeli się praktyce tummo w 2012 r. Maria Kozhevnikov (także z Harvard Medical School) przebadała wówczas zarówno doświadczonych mnichów tybetańskich, jak i zachodnich adeptów jogi. Ci ostatni wykonywali jedynie ćwiczenia oddechowe oraz napinali poszczególne mięśnie, nie stosowali jednak wizualizacji. W tym przypadku utrzymanie fizycznego ciepła było trudne i krótkotrwałe.

W obu eksperymentach badaczka mierzyła nie tylko temperaturę ciała, lecz także fale mózgowe medytujących. U mnichów skoncentrowanych na wizjach elektroencefalograf wykazał podwyższenie poziomu fal alfa, beta i gamma. „Wielkość wzrostu temperatury jest istotnie skorelowana ze wzrostem mocy alfa podczas medytacji” – napisała Kozhevnikov w raporcie Neurocognitive and Somatic Components of Temperature Increases during g-Tummo Meditation: Legend and Reality (Neurokognitywne i somatyczne składniki wzrostu temperatury podczas medytacji g-tummo: legenda i rzeczywistość). Dodała też: „Wyniki sugerują, że określone aspekty techniki tummo mogą pomóc osobom niemedytującym nauczyć się regulować temperaturę ciała”.

Ćwiczone przez lata panowanie nad umysłem za pomocą medytacji znów okazało się skuteczną drogą do panowania nad ciałem. O tym, że jest to możliwe, przekonał się każdy, kto w chwili stresu przez kilka minut spokojnie, głęboko oddychał. Mózg, „czując” ten zrelaksowany oddech, „uznaje”, że faktycznie nie ma się czym denerwować, i hamuje wydzielanie adrenaliny oraz spowalnia akcję serca. W ten oto sposób człowiek się uspokaja.

Człowiek lodu

Najbardziej znanym europejskim mistrzem kontrolowania ciała i umysłu jest Wim Hof – holenderski „Iceman”. Radość płynącą z przebywania w lodowatej wodzie odkrył już jako nastolatek. Przeżył wtedy coś w rodzaju wewnętrznego przebudzenia. Fascynacja oddechem, zimnem i odpornością na chłód pochłonęła go na tyle, że pobił kilka rekordów: najdłuższa kąpiel pośród kawałków lodu (robił to parę razy, zwykle pod okiem kamer; najlepszy wynik: niemal 2 godziny), wejście na Kilimandżaro tylko w szortach i butach (oraz zakończona na wysokości 7400 m n.p.m. wspinaczka na Mount Everest – w podobnym stroju), przepłynięcie pod lodem 66 m…

W wywiadach i programach instruktażowych Hof podkreśla pozytywne strony ekspozycji na niskie temperatury oraz uczy medytacji tummo. Przekonuje, że zimno wykazuje dobre działanie w stanach lęku i depresji – jemu samemu dodało sił i pomogło przetrwać trudny czas po samobójczej śmierci ukochanej żony. „Iceman” twierdzi też, że potrafi kontrolować swój układ odpornościowy. Chętnie zresztą bierze udział w badaniach naukowych mających tego dowieść. Kiedy sportowiec zanurza się w wannie z lodem (filmik Wim Hof – Tummo dostępny w Internecie), jego ciśnienie rośnie, ale tętno, które w odpowiedzi na zimno powinno przyśpieszyć, pozostaje bez zmian. To dzięki tummo Hof ma kontrolę nad nerwem błędnym, odpowiadającym za pracę serca i przewodu pokarmowego, a także układu oddechowego i odpornościowego. Nerw ten reguluje również przywspółczulny układ nerwowy. Fizjoterapeuci nazywają go „regulatorem równowagi ciała i duszy”; przekonują też, że poprzez oddychanie przeponą można ten układ stymulować, a więc redukować negatywne emocje i dzięki temu żyć zdrowiej oraz dłużej.

Warto tutaj wspomnieć o badaniu przeprowadzonym w 2011 r. przez Petera­ Pick­kersa z Radboud University Medical Center w Holandii. Jednym z badanych był „Iceman” – wstrzyknięto mu martwe bakterie E. coli (pałeczki okrężnicy), które w tej postaci nie stanowiły zagrożenia dla zdrowia, ale organizm i tak powinien na nie zareagować. U pozostałych uczestników eksperymentu rzeczywiście wywołały one objawy grypopodobne, natomiast Wim czuł jedynie lekki ból głowy.

Holender uważa, że każdy może nauczyć się panowania nad swoim ciałem i umysłem (czy też raczej umysłem i ciałem – zdaniem Hofa to jest właściwa kolejność). Sportowiec prowadzi warsztaty, m.in. w swoim centrum w Przesiece w Karkonoszach. Podobnie jak Alexandra David-Néel chętnie dzieli się wiedzą. Na jego stronie internetowej czytamy: „Z biegiem czasu zmieniły się nasze relacje ze światem, w którym żyjemy. Nasz styl życia odłączył nas od środowiska naturalnego. Z powodu tego odłączenia nasze odwieczne mechanizmy przetrwania nie są już uruchamiane i straciliśmy kontakt z naszą wewnętrzną mocą”.

Na szczęście tę siłę możemy w sobie obudzić. Nawet jeśli sformułowanie „wewnętrzna moc” brzmi nieco newage’owo, trudno nie zgodzić się z „Icemanem”. Już zapomnieliśmy, jak to jest wędrować pieszo przez cały dzień bez względu na pogodę, spać pod gołym niebem (bez pompowanych materaców, puchowych śpiworów i smartfona) oraz jeść to, co znajdziemy w lesie. Zamiast natury wybraliśmy komfort i poczucie bezpieczeństwa. Dzięki temu żyjemy z pewnością dłużej, ale co z jakością naszego życia? Oczywiście nie musimy siedzieć godzinami półnadzy na śniegu, jednak z pewnością warto wzmacniać rozleniwiony cieplarnianymi warunkami organizm i osłabioną psyche. Przecież już starożytni wiedzieli, że w zdrowym ciele mieszka zdrowy duch. A hartowanie zimnem, kontakt z przyrodą i ćwiczenia oddechowe to świetne sposoby na tak często towarzyszące nam przebodźcowanie i stres.

Czytaj również:

3 medytacje na zimę 3 medytacje na zimę
i
ilustracja: Daniel de Latour
Pogoda ducha

3 medytacje na zimę

Magdalena Róża Skoczewska

Zimno

1. Przypomnij sobie moment przyjemnego doświadczania zimna, np. podczas jedzenia lodów, wyobraź sobie powiew chłodnego wiatru w upalny dzień, dotyk śniegu. Zauważ, jak to wspomnienie wpływa na twoje ciało i zmysły. Zapytaj siebie: co mi daje poczucie zimna? Co mogę w zimnie docenić?

2. Teraz przypomnij sobie lub wyobraź sytuację konfliktową. To może być konflikt, który dotyczy tylko ciebie, czyli tzw. konflikt wewnętrzny, albo trudna sytuacja pomiędzy tobą a inną osobą. Pomyśl o szczegółach dotyczących tego konfliktu. Na czym polega? Jak się narodził? Nazwij fakty, bez oceniania kogokolwiek i czegokolwiek. Wiem, że czasem jest to bardzo trudne – mimo wszystko spróbuj.

Czytaj dalej