To (nie) jest świat dla starych ludzi To (nie) jest świat dla starych ludzi
i
ilustracja: Natka Bimer
Pogoda ducha

To (nie) jest świat dla starych ludzi

Tomasz Stawiszyński
Czyta się 16 minut

Sposobów na wyrwanie się człowieka spod apodyktycznej władzy czasu poszukiwano od zarania dziejów. Jednak żadna epoka nie była na tej idei tak obsesyjnie skoncentrowana, jak współczesna kultura zachodnia. Skutkiem tego jest wyjątkowo brutalny, bezprecedensowy konflikt pokoleń.

Jak on to robi? I kiedy? Wprawdzie od kilku lat zażywa już tylko 150 tabletek dziennie – jeszcze do niedawna dawka wynosiła 250 sztuk – ale tak czy inaczej: jest to 150 tabletek dziennie. Jakim cudem?

Zaznaczmy od razu, że mimo tego reżimu – na który składają się także specjalnie skomponowane posiłki, niezliczone filiżanki zielonej herbaty oraz kieliszki czerwonego wina – Ray Kurzweil, ekscentryczny amerykański wynalazca i prorok transhumanizmu, wcale nie wygląda jakoś szczególnie młodo jak na swoje 69 lat. Owszem, trzyma się całkiem nieźle, ale oliwkowa cera i wysportowana sylwetka to wśród przedstawicieli dobrze sytuowanej amerykańskiej klasy średniej raczej standard. Wystarczy regularny ruch, zbilansowana dieta i rezygnacja z toksycznych używek.

To jednak najwidoczniej Kurz­weila nie przekonuje. Nawet najbardziej wysportowani i zbilansowani przedstawiciele amerykańskiej klasy średniej dożywają wszak ledwie siedemdziesięciu kilku, względnie osiemdziesięciu kilku lat.

Informacja

Z ostatniej chwili! To pierwsza z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Ten pułap jest dla niego zbyt skromny. On potrzebuje naprawdę niezawodnych gwarancji, że dożyje co najmniej setki.

Dlatego więc zapamiętale zażywa swoje suplementy.

Na długiej liście są m.in. koenzym Q10, kwasy omega-3, lecytyna, chrom, kurkuma, imbir, kwas foliowy, witamina B6, czosnek, L-karni­tyna… I wiele jeszcze innych minerałów, ziół i wyciągów. Dobranych wedle zasadniczej właściwości – przeciwdziałania procesowi starzenia.

Bo starzenia Kurzweil boi się najbardziej.

Nic dziwnego. Jeśli nadmiernie się zestarzeje, zanim medycyna odkryje możliwość radykalnego przedłużania życia – a niewykluczone, że po prostu przenoszenia świadomości i tożsamości na jakieś trwalsze od ludzkiego ciała nośniki – może przecież bezpowrotnie zniknąć. To zaś jest absolutnie niedopuszczalne. Kto jak kto, ale Ray Kurzweil nie może, po prostu nie może nie istnieć. Dlatego musi utrzymać wieczną młodość. Przynajmniej do 2045 r., bo właśnie wtedy – na oko – marzenie o nieśmiertelności stanie się technologiczną rzeczywistością.

I już na zawsze będzie można odstawić te wszystkie tabletki.

W co wierzą amortaliści

Według brytyjskiej dziennikarki i publicystki Catherine Mayer – autorki książki pod obiecującym tytułem Amortality: The Pleasures and Perils of Living Agelessly – Kurzweil jest jednym z najbardziej wyrazistych współczesnych amortalistów, czyli ludzi, których nie ima się upływ czasu.

Czy może raczej należałoby powiedzieć – choć sama Mayer, bardzo entuzjastycznie do idei amortalizmu nastawiona, zdaje się tej różnicy nie dostrzegać – ludzi, którym wydaje się, że czas się ich nie ima. Żyją więc w subiektywnym poczuciu, że procesy starzenia, przemijania, odchodzenia z tego świata nie są w żadnym razie ich udziałem. Ubierają się niczym młodzieniaszkowie, nie przywiązują się nadmiernie do żadnych społecznych ról przewidzianych dla seniorów. I gdyby nie ewidentne fizyczne oznaki upływu czasu, na podstawie ich zachowania nie bylibyśmy w stanie orzec, ile tak naprawdę mogą mieć lat. Bo oni faktycznie wierzą, że są cały czas w tym samym wieku. Wierzą, że się nie starzeją.

Pytanie zatem – co wywołuje w nich tę niezachwianą wiarę?

Bez wątpienia postęp technologii kosmetycznych, które już dzisiaj potrafią selektywnie pewne oznaki starzenia redukować – na przykład wygładzać skórę za pomocą mniej lub bardziej inwazyjnych technik chirurgicznych. Stajesz przed lustrem po takim zabiegu i masz nieodparte wrażenie, że czas się zatrzymał, bo wszelkie ślady jego destrukcyjnej działalności zostały starannie zniwelowane.

Niewątpliwie postęp medycyny, dzięki któremu, poczynając od końca XIX w., średnia długość ludzkiego życia systematycznie rośnie, co ­ ­­– wedle szacunków Światowej Organizacji Zdrowia – doprowadzić ma już wkrótce do ponad trzykrotnego zwiększenia populacji osób powyżej 85. roku życia.

Przede wszystkim jednak – współczesna kultura, która na różne sposoby próbuje nas przekonać, że starość i śmierć są, po pierwsze, największym możliwym złem, jakie tylko może nas spotkać, a po drugie – jakimś zaburzeniem, ekscesem, patologią, która z całą pewnością zostanie już niebawem poddana odpowiedniej medycznej albo technologicznej korekcji.

Dopóki się to jeszcze nie stało, wszelkie ślady oddziaływania tej patologii należy starannie ukrywać, także przed sobą. Świat właściwy, pożądany, w którym zgodnie z kulturowymi przekazami – obecnymi w filmach, teledyskach czy reklamach, a więc także w całej bogatej sferze rynku usług i produktów – toczy się szczęśliwe i spełnione życie, jest światem, w którym starość, choroba i śmierć praktycznie nie występują.

A jeśli występują, to wyłącznie po odpowiedniej obróbce. W formie specyficznie sformatowanej i dostosowanej do podstawowego paradygmatu epoki, który powiada, że poza młodością, sprawnością i zdrowiem nie ma zbawienia, bo poza młodością, sprawnością i zdrowiem nie ma istnienia.

***

Reklamy telewizyjne pokazują ludzi pięknych, wysportowanych i młodych. W pełni sił witalnych, w pełni seksualnych możliwości. Jeśli w ogóle pojawiają się w tych przedstawieniach osoby w podeszłym wieku, są one zazwyczaj tylko odrobinę różne od swoich tryskających zdrowiem i energią towarzyszy.

Czasem dystynkcję tworzy siwizna, czasem trochę racjonalniejsza perspektywa życiowa przywracająca właściwe proporcje młodzieżowemu szaleństwu.

W każdym razie jednak w zbiorowych wyobrażeniach staruszek jest zazwyczaj dziarski, w dobrym zdrowiu i humorze, a jeśli nawet trapią go jakieś dolegliwości – w postaci przerostu prostaty albo łamania w kościach – bez większych trudności je przezwycięża, zażywając odpowiednie lekarstwa albo uczestnicząc w odpowiednim programie treningowym.

Próżno by szukać w komercyjnym – a więc docierającym do największej liczby odbiorców – kinie albo telewizyjnych reklamach wizerunku starości odartego z tych romantyczno-idyllicznych złudzeń.

Wizerunku zbudowanego z depresji, demencji, niedołęstwa, śmiertelnej choroby, której nie uleczy żaden syrop ani pigułka, z rozdrażnienia, lęku przed nieuchronnie zbliżającym się końcem, a wreszcie – last but not least – biedy i wykluczenia.

Kultura zbiorowego narcyzmu

Oczywiście to żadna nowość. Sposobów na wyrwanie się spod apodyktycznej władzy czasu poszukiwano od zarania dziejów. Na Zachodzie i na Wschodzie, na Południu i Północy, we wszystkich epokach i na wszystkich szerokościach geograficznych ludzkość wkładała mnóstwo wysiłku w zatrzymanie i odwrócenie zgubnego wpływu przemijania.

Jednak bodaj żadna epoka i żadna kultura nie była wokół tej idei tak obsesyjnie skoncentrowana, jak współczesna kultura zachodnia. Ray Kurzweil jest tylko tej koncentracji wymownym symbolem, a może raczej symptomem. Wciela bowiem w sposób esencjonalny wszystkie charakterystyczne dla niej obsesje, marzenia, sny i lęki, a także roz­maite mniej lub bardziej kompulsywne metody ich redukowania. W jego postawie życiowej – jeśli potraktować ją jako metaforę, ostatecznie o samym Kurzweilu wiemy tylko tyle, ile przedostaje się na zewnątrz jako jego publiczna persona – skupia się przecież niemal wszystko, co o kondycji człowieka współczesnego pisał jeszcze w latach 70. amerykański eseista i myśliciel Christopher Lasch.

W swoim sztandarowym dziele – Kulturze narcyzmu – Lasch stawiał zresztą tezy do złudzenia przypominające definicje, którymi operuje dzisiaj Catherine Mayer, choć przypisywał im zgoła inne znaczenie. O ile bowiem Mayer traktuje amortalizm jako radosną i witalną postawę, która wraz z postępem technologicznym daje nam realną perspektywę radykalnej długowieczności, o tyle dla Lascha paniczna niechęć do starości jest wyrazem zbiorowego narcyzmu.

„Najbardziej charakterystycznym wyrazem naszych czasów – pi­sał ­­– jest kampania przeciwko starości, która wywołuje specyficzny strach. […] Irracjonalny strach przed staroś-cią i śmiercią jest blisko związany z pojawieniem się osobowości narcystycznej jako dominującego typu struktury osobowości ­we współczes­nym społeczeństwie. Narcyz posiada mało siły wewnętrznej, dlatego szuka u innych potwierdzenia sensu »ja«. […] Nie interesuje się przyszłością i nie robi nic, aby zagwarantować sobie na starość odnalezienie dobrych stron w tym wieku, kiedy najważniejsza jest wiara, że przyszłe pokolenia w jakiś sposób poradzą sobie z jego dziełem ­życia. […] Narcyzm pojawia się jako typowa forma struktury osobowości w społeczeństwie, które przestało interesować się przyszłością”.

Współczesny człowiek żyje zatem w swoistym bezczasie. Nie starzeje się i nie przemija czy raczej: ze wszystkich sił stara się oddalić od siebie perspektywę starości i przemijania. Nie tylko jednostki, ale całe społeczeństwa – zdaniem Lascha ­– utraciły bowiem zainteresowanie przyszłością. Istnieje dla nich tylko to, co tu i teraz. Przeszłość jest co najwyżej wyblakłą pocztówką albo ­tekstem o abstrakcyjnej historii, przyszłość zaś – jako potencjalna zmiana, a zarazem horyzont ­zakreślający granicę trwania indywi­dualnej egzystencji – czymś zupełnie niepojmowalnym.

ilustracja: Mieczysław Wasilewski
ilustracja: Mieczysław Wasilewski

W sensie praktycznym ten brak dbałości o przyszłość przejawia się choćby w postępującej dewastacji środowiska naturalnego. Albo skrajnie krótkowzrocznej, nastawionej na maksymalizację doraźnego zysku polityce zarówno wielkich prywatnych korporacji, jak i struktur państwowych – czego bolesną demonstracją stał się choćby kryzys ekonomiczny sprzed 10 lat. Jednak źródła tego rodzaju postaw czy kondycji sięgają znacznie głębiej, wprost do fundamentalnych procesów konstytuujących nowoczesność.

Wśród nich są m.in.: rozwój kapitalizmu wraz z jego koncentracją na produktywności, sprawności i efektywności; upadek „wielkich narracji”, czyli całościowych systemów światopoglądowych, które opisywały rzeczywistość w jej totalnoś­ci; utrata wiary w transcendencję i zastąpienie jej wiarą we własne „ja” oraz jego nieograniczony „rozwój” będący świeckim substytutem zbawienia dokonującego się jeszcze w granicach tego świata; globalizacja, która relatywizuje każde zakorzenienie i wprawia w stan nieustającej gotowości do zmiany kulturowego i materialnego położenia. Do tego kult obrazów – czyli tego, co widzialne – i zewnętrznego piękna przybierający skrajną postać w globalnej ekspansji Internetu i portali społecznościowych.

Funkcjonując w tak ustrukturowanym świecie, siłą rzeczy zatapiamy się coraz głębiej we własnym „ja”. Ono zaś, pozbawione dawnych odniesień do transcendencji i trwałych społecznych ról, reaguje na targające nim nieustannie lęki wyparciem i zaprzeczeniem. W tym, przede wszystkim, na lęk przed upływem czasu, przemijaniem, utratą zewnętrznej atrakcyjności, a wreszcie śmiercią, której nie tłumaczy i nie oswaja dziś już żadna metafizyka. Tego lęku, w jego bezpośredniej postaci, nie sposób ani uśmierzyć, ani poskromić. Można tylko udawać, że się go nie czuje. Można tylko poszukiwać coraz to nowych sposobów, żeby udawać jeszcze skuteczniej i wytrwalej. A negacja starości i agresja wobec tych, którzy starość reprezentują, to jedna z najskuteczniejszych metod izolowania się od własnego przerażenia.

Nie chcemy oglądać starości

Podobnie myślał Ernest Becker, amerykański antropolog zmarły w latach 70. XX w., autor klasycznego już dzisiaj dzieła The Denial of Death. W myśl jego koncepcji zasadniczym rdzeniem ludzkiego doświadczenia jest nieusuwalny konflikt pomiędzy, z jednej strony, biologicznym instynktem życia, w który wyposażyła nas natura, a – z drugiej – świadomością nieuchronnej śmierci.

Systemy kulturowe, światopoglądy, sposoby organizowania przestrzeni społecznej, podejmowane aktywności, żywione przekonania i w ogóle wszystko, za co tylko istota ludzka się zabiera, ma, zdaniem Beckera, jeden wyłącznie cel. A mianowicie – zniwelowanie lęku przed śmiercią przez stworzenie warunków, w których stanie się ona czymś nierzeczywistym, odległym i abstrakcyjnym. Temu służą religie, temu służą wysublimowane filozofie, temu służą najróżniejsze działania i zajęcia, którym się oddajemy, zakładając – niesłusznie – że nasze życie na tej planecie jest w każdym razie czymś stabilnym, przewidywalnym i trwałym.

Tymczasem – jest dokładnie odwrotnie.

A wymownym przypomnieniem o czekającej nas niechybnie śmierci, wymownym świadectwem absolutnej próżności naszych wszelkich wysiłków stabilizowania i utrwalania własnej egzystencji jest widok zniedołężniałego starca, którego życie nieodwołalnie dobiega końca i którego ciało podlega równie nieodwołalnemu rozpadowi.

Dlatego właśnie nie chcemy oglądać starości, dlatego relegujemy ją do domów opieki. Albo – jak w Stanach Zjednoczonych – do wielkich osiedli zamieszkałych wyłącznie przez emerytów, izolowanych w ten sposób od tętniących (młodym) życiem ośrodków miejskich, w których kształtuje się aktualna postać ekonomicznej i kulturowej rzeczywistości.

Dlatego właśnie starość jest niemile widziana w zakładach pracy. Statystyki pokazujące, że uzyskanie zatrudnienia po pięćdziesiątce graniczy z cudem, nie mają bynajmniej źródła w mniejszych kompetencjach 50-latków. Niechęć do ich zatrudnienia bierze się natomiast – zdaniem Beckera i jego zwolenników – właś­nie ze zgorszenia, jakie sieją swoim widokiem. Przypominającym o żelaznej regule przemijania.

Niech nie przemijam

W takim układzie symbolicznym kultura może spełniać co najwyżej terapeutyczną funkcję. To znaczy służyć uśmierzaniu egzystencjalnego lęku jednostek, nie zaś reprodukcji wiedzy i transmisji doświadczenia, które to funkcje, siłą rzeczy, zakładają wymianę pokoleń.

Dokładniej rzecz ujmując, zakładają świadomość, że po nas przyjdą kolejne pokolenia – naszych dzieci, wnuków, prawnuków i tak dalej. Że zatem nasze życie jest projektem wyłącznie tymczasowym, w ramach którego – poddani nieprzekraczalnym prawom upływu czasu – musimy wykonać pewien wysiłek przygotowania naszych dzieci do tego, żeby mogły zająć nasze miejsce. A więc z jednej strony przekazać im wiedzę o sprawdzonych sposobach życia, z drugiej – stworzyć odpowiednią przestrzeń, żeby mogły płynnie wchodzić w te role społeczne, z których my się stopniowo wycofujemy.

Wszystko to wymaga jednak uznania własnej przemijalności.

A z tym właśnie współczesny człowiek ma największy kłopot.

Dlatego rozmaite kulturowe aktywności, których sens polega ostatecznie na transmisji międzypokoleniowej – np. praca czy budowanie związku miłosnego – stanowią dla niego wartość wyłącznie o tyle, o ile służą jedynej instancji, jaką ma na uwadze, czyli jego własnemu „ja”.

A w szczególności: samorealizacji, spełnieniu, osiąganiu życiowej i zawodowej satysfakcji oraz roz­maitym innym aktywnościom, w których wspieraniu i wzmacnianiu – za odpowiednią opłatą, rzecz jasna – służą pomocą nieprzebrane zastępy specjalistów od rozwoju osobistego, ­coachingu czy mentoringu.

„W tych warunkach – pisze Lasch­ ­– przekonanie o naszym ostatecznym usunięciu się w cień i śmierci staje się zupełnie nie do zniesienia i stąd próby wyeliminowania starości i wydłużenia życia w nieskończoność”.

Niech ich nie widzę

Stąd także wyjątkowo brutalny w dzisiejszych czasach, bezprecedensowy – choć niekiedy pełzający i niewidoczny na pierwszy rzut oka – konflikt pokoleń. Dla Lascha jest on bezpośrednią konsekwencją takiego, a nie innego kształtu współczesnej kultury, jego istnienie wyprowadza więc niejako teoretycznie z założeń, które czyni podstawą swojego wywodu. Jednak znajdują one potwierdzenie także w jak najbardziej empirycznych badaniach socjologów i psychologów społecznych.

Zdaniem autora Kultury narcyzmu istota konfliktu zawiera się, z jednej strony, w niechęci, a raczej niezdolności starszych do ustąpienia miejsca młodszym – a zarazem całkowitej negacji własnej przemijalności i starzenia się. Z drugiej zaś ­– w analogicznej niechęci młodych do zrozumienia, że starość nie jest zjawiskiem z jakiegoś zupełnie osobnego porządku rzeczywistości niemającego z nimi nic wspólnego, ale naturalną składową ludzkiego życia i doświadczenia, która niechybnie stanie się także ich udziałem.

Te intuicje znajdują dzisiaj doskonałe potwierdzenie w empirii. Autorzy zbiorowej pracy pod tytułem Ageism. Stereotypes and Prejudice against Older Persons – bez wyjątku akademiccy badacze, głównie socjolodzy, psycholodzy społeczni i antropolodzy kultury – twierdzą zgodnie, że we współczesnych czasach, jak nigdy wcześniej, konflikt pokoleń przybrał wyjątkowo drapieżną postać. Liczba negatywnych skojarzeń, które młodzi ludzie ­wiążą ze ­starością, a także intensywność rozmaitych przeżyć wynikających z kontaktu z ludźmi starymi czy niedołężnymi, są w skali cywilizacji naprawdę istotnym problemem.

Zwłaszcza w obliczu pełzającej demograficznej zmiany związanej z gwałtownym starzeniem się zachodnich społeczeństw, w których już wkrótce – jak pokazują statystyki – populacja osób powyżej 65. roku przekroczy, po raz pierwszy w historii, populację rodzących się dzieci.

Starość ma władzę

Z tą zmianą wiąże się wszakże pewien szczególny proces, którego symptomy obserwować możemy już dzisiaj. Wystarczy przypomnieć sobie choćby ostatnie wybory w Stanach Zjednoczonych, w których spośród trójki liczących się kandydatów – Hillary Clinton, Bernie Sanders i Donald Trump – wszyscy w momencie startu liczyli powyżej 67. roku życia.

Byli więc, mimo deklarowanej dobrej formy, ludźmi wchodzącymi w starość. Ale zarazem ­­reprezentującymi te jakości, które w dzisiejszym świecie coraz rzadziej stają się udziałem 30- albo 40-latków, tzn. stabilność, posiadanie, władzę i, co najważniejsze, pieniądze.

Cały ten zestaw podstawowych potrzeb konstytuujący niegdyś horyzont życiowych oczekiwań przeciętnej jednostki stał się dla dzisiejszych 20- i 30-latków – na skutek konsekwencji kryzysu ekonomicznego i innych długofalowych cywilizacyjnych oraz ekonomicznych procesów – niemal dobrem luksusowym.

Społeczeństwa zachodnie się starzeją, ludzie wchodzący dzisiaj w dorosłość funkcjonują w świecie nieprzewidywalnym i skrajnie niestabilnym, władza, pieniądze i nieruchomości pozostają zaś – i na długo jeszcze pozostaną – w rękach pokolenia ich rodziców i dziadków.

Zawrzyjmy pokój

To właśnie w oddziaływaniu tego rodzaju zmiany ekonomicznej autorzy Ageismu widzą potencjał do przezwyciężenia radykalnego konfliktu pokoleń, o którym pisali Christopher Lasch i Ernest Becker.

Jak by to miało wyglądać? Dostrzegając, jak bardzo zależni są od starych, młodzi musieliby zrewidować swój radykalnie negatywny stosunek do starości, starzy zaś, rozumiejąc, że młodzi nie zamierzają odebrać im ich dóbr i prestiżu – albo raczej: że nie mają ku temu wystarczających możliwości­– mogliby zaproponować im jakiś rodzaj pokojowego rozwiązania, jakiś rodzaj dobrowolnego udziału w posiadanym kulturowym kapitale.

Jest to jednak wizja tyleż pociągająca, co utopijna. Jak dotąd ludzie młodzi zastępują bowiem brak życiowej stabilności za pomocą coraz twardszych ideologii, w których wszystko jest dokładnie poukładane, nienaruszalne, czarno-białe i tym samym bezwzględnie stabilne. I w których poczesne miejsce zajmuje przemoc.

Czy ten proces będzie się pogłębiał? Wiele na to wskazuje. No, chyba że nastąpi jeszcze jedna przemiana. Ta najbardziej fundamentalna i radykalna, a sprowadzająca się do zrozumienia prawdy w gruncie rzeczy banalnej i oczywistej. Prawdy, której banalność i oczywistość prędzej czy później, jestem przekonany, stają się widoczne dla każdego.

Otóż nie istnieją „starzy” i „młodzi”. Istnieją wyłącznie ludzie, którzy podlegają procesowi przemijania. I żadna postać, którą w trakcie swojego krótkiego życia przyjmują, nie jest ostateczna i trwała. Tak było i będzie. Niezależnie od tego, czy zdecydujemy się zażywać 150 czy też 1500 tabletek dziennie.

(Ano właśnie – jak on to właściwie robi?)
 

Czytaj również:

Tajemnica złotego skarabeusza Tajemnica złotego skarabeusza
i
ilustracja: Marek Raczkowski
Żywioły

Tajemnica złotego skarabeusza

Tomasz Stawiszyński

A co, jeśli naszym fantazjom, snom, wyobrażeniom, pozornie absurdalnym myślom i przeczuciom – ale też na przykład etapom życia, na których się znajdujemy – towarzyszą równolegle określone wydarzenia w rzeczywistości zewnętrznej, znaczeniowo z tymi pierwszymi powiązane?

Ludowa mądrość głosi, że nic nie dzieje się przypadkiem. Że wszystko ma jakiś ukryty, być może na pierwszy rzut oka niewidoczny, sens. Wystarczy tylko odpowiednio uważnie popatrzeć, a nawet najbardziej z pozoru chaotyczny splot okoliczności odsłoni jakieś drugie dno.

Czytaj dalej