Wszystko inne to szum Wszystko inne to szum
i
Eben Alexander, ebenalexander.com
Pogoda ducha

Wszystko inne to szum

Iza Klementowska
Czyta się 30 minut

Na naszych oczach słabnie przekonanie, że człowiek jest tylko tym, co da się zważyć, zmierzyć i zbadać pod mikroskopem. A wraz z nim pęka opowieść, w której świadomość to jedynie efekt pracy neuronów, a śmierć ostateczny – koniec.

W jej miejsce pojawia się inna możliwość: że więcej, niż sądziliśmy, wydarza się poza materią, a to, co najważniejsze, rozgrywa się w relacjach, pamięci i doświadczeniu przekraczającym ciało. Czy umysł naprawdę jest większy niż mózg? Co doświadczenia bliskie śmierci mówią o naturze rzeczywistości? I dlaczego medytacja może być nie ucieczką od świata, lecz drogą do głębszego spotkania z nim? O tym neurochirurg Eben Alexander opowiada w rozmowie z Izą Klementowską.

Iza Klementowska: Był taki film Alejandra Gonzáleza Iñárritu – 21 gramów – w którym mówi się, że kiedy umierasz, tracisz 21 gramów. To waga duszy, która opuszcza ciało i wraca do źródła. Zgadzasz się z tym?

Eben Alexander: To, co stało się dla mnie bardzo jasne po 17 latach pracy z innymi naukowcami i po moim doświadczeniu śmierci klinicznej w 2008 r., to fakt, iż zakładamy, że istnieje jakaś zewnętrzna fizyczna rzeczywistość. A to, o czym mówisz – że można mierzyć duszę – jest trochę poza tematem, bo nie istnieje nic poza duszą. Innymi słowy: materia jest w wielu aspektach mają, iluzją. Jest po prostu scenografią, na której rozgrywają się dramaty. Ale ostateczna rzeczywistość – i co ważne, ostateczna wolna wola wszechświata – jest czymś, co jest w nas jako wzajemnie powiązanych istotach duchowych. A więc mówienie o tym, że w chwili śmierci fizyczne ciało traci 21 gramów i to może być waga duszy, pomija większy sens.

Chodzi o duszę. Chodzi o relacje. Chodzi o naszą wolną wolę czynienia świata lepszym miejscem. I to ma ogromny wpływ na kształtującą się fizyczną rzeczywistość. Nie jestem zwolennikiem pomysłu, że 21 gramów to waga duszy. Pod wieloma względami bardzo to umniejsza naturę naszej duchowej i mentalnej istoty, jej powiązania z innymi oraz faktu, że mózg nie produkuje świadomości, lecz działa jak filtr dla tej pierwotnej, uniwersalnej, uogólnionej świadomości – można ją nazwać umysłem Boga. Czegoś, czego ludzie doświadczają w stanach śmierci klinicznej; tego pięknego poczucia jedności poprzez miłość, połączenie i relację. To jest to, co naprawdę istnieje. A cała reszta to szum.

Czym jest ten szum?

To wszystko, co przekonuje nas, że to jest ostateczna rzeczywistość – że ta czterowymiarowa czasoprzestrzeń, w której żyjemy, fizyczny świat, stanowi podstawę rzeczywistości. Nauka, w której byłem szkolony, to materializm lub fizykalizm. I to jest przekonanie, że istnieje wyłącznie to, co fizyczne. Jeden z problemów polega na tym, że nauka opiera się na pomiarze; na porównywaniu, ilościowym ujmowaniu i analizowaniu, jak rzeczy się rozwijają. A więc musi zajmować się rzeczami, które możemy zmierzyć, ocenić i analizować. Jednak tak wiele tego, o czym mówimy w kontekście świadomości i duchowości, to rzeczy, które nie są łatwe do zmierzenia ani skwantyfikowania.

Częścią problemu jest to, że naukowcy odrzucają wszystko, czego nie da się zmierzyć, jako nieistotne tylko dlatego, że ich słabiutkie techniki analizy na tym nie działają. A to zły powód, żeby odrzucać empiryczne dane dotyczące natury rzeczywistości we wszechświecie. Podam przykład, w którym moim zdaniem współczesne badania świadomości robią gigantyczną różnicę i są warte uwagi – chodzi

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Dusza z ciała uleciała Dusza z ciała uleciała
i
zdjęcie: Mathias Reding/Unsplash
Pogoda ducha

Dusza z ciała uleciała

Tomasz Wiśniewski

Euforia, wyjście poza ciało, wizje zbyt cudowne, by je opisać. To jednak tylko część prawdy o doświadczeniach bliskich śmierci. Okazuje się, że nie zawsze pojawia się w nich tunel i nie za każdym razem na jego końcu jest światło.

Zanim książka Życie po życiu Raymonda Moody’ego zrobiła światową karierę, istniały znacznie mniej znane prace opisujące doświadczenie blis­kie śmierci (NDE – near-death experience). Za prekur­sora tej tematyki można uznać żyjącego na przełomie XIX i XX w. szwajcarskiego profesora geologii i alpinistę Alberta Heima. Choć nie miał on wykształcenia w zakresie psychologii, był człowiekiem o wszechstronnych zainteresowaniach – badał m.in. terapeutyczne zastosowanie hipnozy i hodował szwajcarskie psy pasterskie.

Czytaj dalej