Matki, wiedźmy i tancerki Matki, wiedźmy i tancerki
Opowieści

Matki, wiedźmy i tancerki

Jakub Popielecki
Czyta się 4 minuty

Suspiria (1977) Daria Argenta była orgią czerwieni, błękitów i upiornych szeptanek-kołysanek. Suspiria (2018) Luki Guadagnina jest żałobnym konduktem brązów, szarości i minimalistycznego pianina. Makabryczną baśń inicjacyjną o dziewczynce w chatce czarownicy zastąpił traktat o związkach sztuki i polityki, płci i przemocy, ciała i wolności. Akcja – zamiast w komiksowym, nierzeczywistym Monachium – rozgrywa się zaś w realistycznym, precyzyjnie umiejscowionym w czasie Berlinie lat 70. Film Argenta ogląda się dziś z delikatnym przymrużeniem oka, delektując się nabytą z biegiem lat otoczką retro. Film Guadagnina tymczasem – choć jest z premedytacją „retro” – nie przypomina zwykłego ćwiczenia z nostalgii. Wręcz przeciwnie: reżyser chce skruszyć monolit dziedzictwa i pamięci. Każe nam spojrzeć w przeszłość, by ta mogła boleśnie ukłuć nas w paluszek. Zamiast zasnąć, mamy się jednak przebudzić.

Guadagnino kręcił już remaki (Nienasyceni), a filmowy modernizm á la Visconti czy Bertolucci z lat 70. to jego druga natura. Tym razem bliżej mu jednak do Żuławskiego i Polańskiego. Jego Suspirii brak może dzikiego ekspresjonizmu Opętania czy groteski Lokatora, ale jest w niej szczególna, zaklęta w tamtych filmach posępna szaroburość. (Trudno powiedzieć, czy była ona produktem ówczesnej technologii rejestracji obrazu, czy może Berlin i Paryż po prostu tak wtedy wyglądały). Reżyser pożycza sobie ich paletę barw, pożycza ich grube ziarno i stylistyczne triki. Nie chodzi mu jednak o pastisz, o symulację kina sprzed lat. Nie pozwala nam zadomowić się w iluzji przeszłości i szatkuje ją arytmicznym montażem. W rezultacie filmowi udziela się nerwowość ówczesnego Berlina, który żył w strachu przed terrorystycznymi atakami grupy Baader-Meinhof. Przeszłość w Suspirii wraca więc, by zadziwiać, by niepokoić, by straszyć.

Fabuła jest równie pretekstowa, co w oryginale: amerykańska studentka Susie Bannion (Dakota Johnson) przyjeżdża do europejskiej szkoły tańca, która okazuje się siedliskiem wiedźm. Dla Argenta był to pretekst do stylistycznego ekscesu. Feeria barw podstawowych, groteskowa przemoc i transowa muzyka grupy Goblin w swej pierwotnej prostocie pozwalały mu dokopać się do głębin podświadomości, do archetypu. Film Guadagnina również imponuje stylem, uwodzi eteryczną muzyką Thoma Yorke’a, hipnotyzuje. Ale uruchamia nie tyle instynkt, ile intelekt; nieprzypadkowo zamiast tonacji B-klasowego kampu proponuje nam arthouse’owy, inteligencki fason. Reżyser oczywiście pożycza od Argenta mitologię trzech wiedźm-matek, ale pogłębia ją, napycha znaczeniami i kontekstami. Znamienne: co w oryginale sprowadzało się do sceny ekspozycyjnej łopatologii, w remake’u stanowi równoległy, równorzędny wątek, w którym wiekowy profesor próbuje dociec tajemnicy szkoły tańca.

Ów profesor jest – nie mogło być inaczej – psychiatrą, a w filmie aż roi się od symbolicznie nośnych Matek i Luster. W którymś momencie pada nawet nieśmiertelne słowo klucz: „Lacan” (interpretacyjny Święty Graal nadambitnych studentów filmoznawstwa). Nic dziwnego: horror to przecież gatunek, który bardzo chętnie poddaje się psychoanalizie, a oryginał jawnie zachęcał do inicjacyjno-menstruacyjnych odczytań. Ale Guadagnino – inaczej niż Argento – zamiast potulnie położyć się na kozetce, włącza ją w obręb filmu. Psychoanaliza ze swoim patriarchalnym szkiełkiem i okiem zostaje tu wpisana do panteonu opresji, jako jedno z męskich narzędzi pacyfikowania kobiet. Znamienne: wiedźmy Guadagnina wcale nie są przecież takie złe (to one Wiedzą i Widzą), a sednem filmu – wbrew pozorom – nie są wcale perypetie Susie.

Animą nowej Suspirii jest bowiem Tilda Swinton – czy to w roli tanecznej mistrzyni Madame Blanc, czy to ukryta pod postacią jednego z mężczyzn. Nieprzypadkowo Guadagnino ogniskuje uwagę na artystce, nieprzypadkowo umieszcza pod męską charakteryzacją kobietę: to w sztuce widzi przecież prawdziwe narzędzie terapii i wolności, to w pierwiastku żeńskim wyczuwa zalążek pozytywnej energii społecznej. W którymś momencie sama Blanc mówi, że jej układy choreograficzne służą do uwiecznienia i przepracowania traumatycznej historii. Można by dopowiedzieć: do przypomnienia, skąd przychodzisz, a potem do uwolnienia się od tego bagażu. Do rozluźnienia gorsetu: polityki, religii, tradycji – niepotrzebne skreślić. Otóż to: tańcząc, powtarzasz czyjś ruch, ale zarazem go przekraczasz. Tak jak Guadagnino powtarza po Argentem, by wyzwolić się spod jego wpływu.

Czytaj również:

Natura na ekranie Natura na ekranie
i
Kadr z filmu „Córki lasu”; materiały prasowe MDAG 2026
Opowieści

Natura na ekranie

Co oglądać na MDAG 2026?
Mateusz Demski

Hasło przewodnie tegorocznego Millennium Docs Against Gravity – „Poszukiwania” – uruchamia ciąg skojarzeń. Z jednej strony odsyła do pracy dokumentalistów, dla których szukanie prawdy jest podstawowym zadaniem, z drugiej do potrzeby odnajdywania głębszych znaczeń, które pozwalają lepiej zrozumieć świat.

Wszyscy szukamy rozwiązań dzisiejszych problemów oraz dowodu, że mamy na cokolwiek wpływ. Poszukiwania to także wyraz pewnej tęsknoty, pierwotnej ciekawości i radości odkrywania – tak bliskiej widowni festiwalu.

Czytaj dalej