Mein Kampf Mein Kampf

Mein Kampf

Z Archiwum „Przekroju”
William L. Shirer
Czyta się 2 minuty

Hitler chciał zatytułować swoją książkę „Cztery i pół roku walki z kłamstwem, głupotą i tchórzostwem”, ale Max Amann, dyrektor nazistowskiego wydawnictwa, człowiek o umyśle praktycznym, zaoponował przeciwko tak mało komercjalnemu tytułowi. Zaproponował tytuł Mein Kampf (Moja walka). Przeczytawszy rękopis, Amann bardzo się rozczarował, bo liczył na żywy i osobisty opis, w którym Hitler opowiedziałby, jak z „biednego, nieznanego robotnika” wiedeńskiego został sławnym przywódcą. Praca miała jednak mało akcentów biograficznych. […]

Pierwszy tom wydano w 1925 roku. Miał 400 stron i kosztował 12 marek, czyli mniej więcej dwa razy więcej niż przeciętna książka. Nie stał się wcale bestsellerem.

Dzięki dokumentom odnalezionym w 1945 r. przez aliantów znane są obecnie dokładne dane. W 1925 r. sprzedano 9473 egz., w 1926 – 6913, 1927 – 5607. [S]przedaż podniosła się wraz z sukcesami partii nazistowskiej w 1930 (w tym roku ukazała się tania edycja za 8 marek) do 54 086 i wzrosła do 90 351 w 1932.

Honoraria autorskie, główne źródło dochodów Hitlera, począwszy od 1925 r., były znaczne, jeśli uwzględnić średnią z pierwszych siedmiu lat, ale niewielkie w porównaniu z honorariami z okresu, gdy został kanclerzem. W ciągu roku 1933 sprzedano milion egzemplarzy Mein Kampf, a honoraria Hitlera przekroczyły milion marek, czyniąc z niego „najlepiej zarabiającego pisarza” w Niemczech i pierwszy raz w życiu milionera.

Niestety, nie każdy egzemplarz był przeczytany. Słyszałem wielu nazistów, którzy skarżyli się, że była to książka trudna i że nigdy nie udało im się przebrnąć przez wszystkie 782 mgliste strony.

Gdyby przeciwnicy Hitlera przeczytali Mein Kampf przed rokiem 1933, a politycy całego świata przeanalizowali z większą uwagą, świat mógłby uniknąć katastrofy. Plany Hitlera były tam wyraźnie wyłożone, z całym cynizmem i szczegółami, i książka nie ukrywała ­niczego.

Fragment tekstu z nr. 877/1962, s. 15. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.

Czytaj również:

Pierwszy nalot Pierwszy nalot

Pierwszy nalot

Z Archiwum „Przekroju”
Jerzy Waldorff

Jesteśmy bardzo zblazowani, jeśli chodzi o nowinki techniczne z dziedziny zabijania. Nic już na nas właściwie nie robi odpowiedniego wrażenia. Konstruktorzy i właściciele fabryk zbrojeniowych postąpili w tej mierze na wzór mało przezornych dyrektorów teatrów rewiowych, co – miast dawkować umiejętnie efekty sceniczne – pakują wszystkie „triki” i pomysły do pierwszej rewii, skutkiem czego już druga robi klapę.

Wynalazki bomb półtonowych, tonowych, sześciotonowych, fosforowych czy rakietowych następowały zbyt szybko po sobie, tak że gdy na scenie rewii światowej ukazała się właściwa jej gwiazda, Mistin­guett wszelkiego rodzaju bomb: bomba atomowa, ludzkość – miast stanąć ze zdumienia na głowie, a potem oszaleć – odpowiedziała na tę supersensację zrezygnowanym ziewnięciem.

Czytaj dalej