„Miłość jest fikcją” – twierdzi Andréa Holzherr, dyrektorka generalna ds. kultury agencji Magnum Photos. Stoimy naprzeciwko czarno-białej fotografii, pt. Kalifornia, USA, 1956, na otwarciu wystawy Elliott Erwitt. Retrospektywa w warszawskim Domu Spotkań z Historią.
„Czy Elliott miał ulubione zdjęcie? – pytam. – Ja bym zabrał na bezludną wyspę jedno: z pocałunkiem w Kalifornii. Niezmiennie od wielu lat”.
„Miał. – Andréa wskazuje wiszące obok: Żona Elliotta Erwitta Lucienne Van Kan z córką Ellen i kotem Brutusem, Nowy Jork, USA, 1953. – Najbardziej osobiste… Za żadne skarby nie pominąłby go w jakiejkolwiek wariacji Retrospektywy”.
„A to z pocałunkiem?”
„To było zlecenie. Edytorial. Zainscenizował tę scenę” – odpowiada Andréa.
Dla purystów fotografii reporterskiej to może być herezja. Ja się ucieszyłem. Szczęście jest kreacją, czyli fotografia jest sztuką. Podział na gatunki niech wybrzmiewa w podręcznikach i szkołach.
Obecna przy rozmowie Rita – moja asystentka i licencjatka fotografii – zaokrągla z niepokojem swoje wschodnie, skośne oczy. Andréa porozumiewawczo uśmiecha się w jej stronę: „Jutro otwieram zbiorową wystawę z archiwum Magnum, o drzewach, na specjalnym papierze, w którym kiełkują ziarna. I to nie fotograficzne, ale roślinne. Dlatego zdjęcia się zdematerializują, znikną. Nie wszystkim fotografom ta idea się spodobała…”.
Na szczęście te w Domu Spotkań z Historią będą wisieć do końca września 2026 roku.
Retrospektywa podróżuje już od roku 2004. Pierwsze odbitki – oprawione klasycznie w passe-partout – są ręcznie wykonane, na papierze barytowym, pod powiększalnikiem. Pozostałe czarno-białe i kolorowe, które dołączyły w trakcie kolejnych odsłon Retrospektywy, są drukami ze spadem. To wydruki cyfrowe.
„Czytelny podział. Ale nie miało to dla Elliotta