Gdyby współczesna joga miała drzewo genealogiczne, Tirumalai Krishnamacharya siedziałby gdzieś bardzo wysoko – spokojny, skupiony i pewnie z nogą za głową.
Większość współczesnych szkół – świadomie lub nie – naśladuje system tego filozofa, uczonego i lekarza ajurwedyjskiego. Jego popularyzatorska działalność w latach 30. XX w. w Majsurze przyczyniła się do odrodzenia zainteresowania jogą najpierw w samych Indiach, a później na całym świecie.
Choć sam rzadko opuszczał ojczyznę, jego uczniowie zostali mistrzami o największej sile globalnego oddziaływania. Do tego grona należeli m.in. B.K.S. Iyengar (jego szwagier), K. Pattabhi Jois, Indra Devi, T.K.V. Desikachar (jego syn) czy A.G. Mohan. Ogromna różnorodność stylów i szkół kojarzonych z tymi nazwiskami – niekiedy wręcz skrajnie odmiennych – najlepiej świadczy o wielowymiarowości nauczania ich guru. Dziś znalezienie szkoły, która pomija te linie przekazu, jest prawie niemożliwe. Jeśli ktoś uczęszcza na zajęcia grupowe, podczas których praktykuje się zsynchronizowane z oddechem przejścia między asanami, w tym sekwencję Surya Namaskar, czyli słynne „Powitanie słońca”, prawdopodobnie praktykuje jogę w linii Krishnamacharyi.
Mimo że indyjski filozof jest uznawany za twórcę współczesnej jogi posturalnej, nigdy nie traktował jej jako zestawu ćwiczeń fizycznych, a samych asan nie postrzegał jako najważniejszej części praktyki. Jego system to raczej zbiór metod i różnych środków, które przybliżają do Boga i prowadzą do zjednoczenia z nim; w tym ujęciu dzięki praktyce mamy stać się mądrzejsi, lepiej rozumieć siebie i rzeczywistość, asany zaś nie zawsze są do tego konieczne.
Chociaż mistrz dysponował podobno unikalnymi umiejętnościami kontroli własnego ciała, w Indiach uchodził przede wszystkim za uzdrowiciela. Według relacji uczniów przez całe życie leczył innych – z astmy, niepełnosprawności fizycznych czy problemów psychicznych. O sile jego wiedzy i praktyki najlepiej mógł świadczyć fakt, że gdy w wieku 92 lat złamał miednicę, odmówił operacji i sam