Monsunowe imperium
i
zdjęcie: Paulina Wilk
Wiedza i niewiedza

Monsunowe imperium

Paulina Wilk

Pierwsza, jeszcze przed monsunowymi ulewami, zjawia się pleśń – siostra przenikającej wszystko wilgoci. Zapowiedź miesięcy, w czasie których bogowie zaleją ludzi deszczem. W Indiach nastanie sezon obfitości, soczystych mango i wielkiej trwogi. O wszystkim zdecyduje woda.

Jeszcze ciemno, do świtu godzina. Nocna czerń – wiejska, gęsta – przetrze się około szóstej. Nie będzie wschodu słońca, tylko prozaiczne przejście w bury dzień. Noc odejdzie przez nikogo nieżeg­nana, poganiana pierwszymi szklankami parzącej usta herbaty, pokrzykiwaniami sprzedawców, wezwaniami muezinów i dzwonkami porannych pudźi odprawianych – za pomocą kadzideł, girland i ogników – w sklepikach i na straganach, zanim pierwsi klienci swoją obecnością pobłogosławią interesy na cały dzień.

Ale jeszcze nie teraz. Teraz, w mokrej ciemności, idą byki. Białe, z obfitymi garbami na plecach i długimi jak miecze rogami. Idą środkiem drogi, w parach, podzwaniając. Ciągną dwukołowe wozy z drewna. Na każdym woźnica, usadowiony w kucki, osłonięty szalem przed kroplami i zimnem pełznącym z gór. Jadą też inne ciała, małe i chude – złożone bokiem, ze spękanymi piętami, bezwładne, jeszcze w głębokim śnie. Na każdym z wozów pług – drewniany, przywiązany sznurem albo przyciśnięty worami. Jadą powoli drogą prowadzącą z Hospet w indyjskiej Karnatace. Nie razem, ale o tej samej porze, więc niby procesja ku polom ryżowym przykrytym wodą i zielenią sadzonek – tak młodą i tak jaskrawą, że promienieje, gdy tylko brzask da jej odrobinę światła.

Im bliżej rzeki, tym krótszy orszak – kolejne wozy skręcają na wąskie nasypy przedzielające pola. Byki posłusznie zwalniają, schodzą z asfaltu na podmokłe trakty wystające z wody obrośniętej sadzonkami ryżu jak zieloną czupryną. Znikają w oddali, we mgle drewniane koła i ubrudzone, rozbujane zady. Od świtu do zmierzchu – tyle potrwa praca zwierząt i ludzi. W wodzie niemal po kolana, w strugach deszczu. Mężczyźni będą się osłaniać – założą na głowy rozprute jutowe wory po mące, po cebuli. Bawełniane lungi podwiną nad kolana, wydadzą deszczowi tylko chude, umięśnione nogi. Kobiety zacisną barwne sari ciasno wokół bioder, pochylą ciała i w tym zgięciu spędzą długie godziny, przenosząc sadzonki, jedną po drugiej, przyjmując strugi wprost na plecy.

zdjęcie: Paulina Wilk
zdjęcie: Paulina Wilk

Zwierzęta pójdą przez stojącą na polach mętną wodę, chłostane tą czystą spadającą z chmur i niesioną porywami wiatru. Pójdą niespiesznie, z przymkniętymi powiekami, przez błoto rozbierane pługiem. Deszcz minie, ich skóra nie przeschnie, a lunie kolejny. I tak przez cztery miesiące, od czerwca do wrześ­nia, gdy w Indiach nad życiem panuje monsun.

Rzeki płyną z nieba

We wczesnej mitologii hinduskiej wyrazem deszczu był Indra – najważniejszy z bogów, dysponent ulew. Wojowniczy i odważny, posługiwał się piorunem. Pokonywał asurów – negatywne antybóstwa. Zwyciężył smoka Vritrę – demona suszy, winnego powstrzymywania deszczu i ukrywania słońca wysoko na niebie. Swoją siłę Indra czerpał z eliksiru – somy, a za sprzymierzeńców miał rudrów, którzy ujeżdżali chmury i rozpętywali burze. Indra to bóg wszechobecny, jedno z jego imion brzmi „tysiącooki”.

Tysiące deszczów spadają bez zapowiedzi, bez litości. Żadnej gry wstępnej, nikłe szanse na schronienie – po pierwszych kilku kroplach naraz zwala się masa wody. Jakby Indra wylewał całe dzbany, jakby z długich, zaplecionych dredów boga Sziwy spływał obfity mityczny Ganges. Ta gwałtowność i nagłość ulew wymusza szczególny język. Hindusi mówią, że monsun się łamie, że pęka.

Wcześniej ostrzeżenie wisi w powietrzu. Masa przygnanego wiatrem

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Rocznica miesiąca – 29 marca 1857
i
ilustracja: Igor Kubik
Wiedza i niewiedza

Rocznica miesiąca – 29 marca 1857

Adam Węgłowski

Brytyjczycy bezmyślnie doprowadzają w Indiach do rebelii, w której zjednoczą przeciw sobie muzułmanów i hinduistów. A wszystko z powodu… tłuszczu.

Mangal Pandey był sipajem – indyjskim żołnierzem 34 Regimentu Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Żołnierzem, jakich wielu. W jego jednostce w Barrackpore od kilku tygodni było niespokojnie. Brytyjczycy wprowadzili właśnie do użytku karabiny Enfield, co wzbudziło protesty sipajów. Proch i kule do tej broni znajdowały się bowiem w papierowych ładunkach, które trzeba było przegryźć. Sęk w tym, że dla ochrony prochu przed wilgocią papier ten nasączano tłuszczem – wieprzowym lub wołowym. Dla sipajów stanowiło to naruszenie religijnego tabu. Ci z nich, którzy wyznawali islam, nie chcieli tknąć świńskiego smalcu. Z kolei dla wyznawców hinduizmu nie do pomyślenia było używanie tłuszczu ze świętych krów.

Czytaj dalej