Myślę, więc błądzę
i
rysunek: Marek Raczkowski
Wiedza i niewiedza

Myślę, więc błądzę

Daniel Ward
Czyta się 13 minut

Twierdzenie, że cudze opinie nie podlegają krytyce, wcale nie jest wyrazem szacunku. Przeciwnie – to przejaw dehumanizacji.

Załóżmy, że błędy zostałyby zniesione. Kim byłby człowiek, który nigdy się nie myli? Na to pytanie można udzielić dwóch całkowicie różnych odpowiedzi. Z jednej strony możemy pomyś­leć o nadczłowieku, istocie podobnej Bogu. Do takiej wizji odwołuje się wers z poe­matu O krytyce Aleksandra Pope’a: „Zbłądzić jest to rzecz ludzka, a Boska przebaczyć” [tłum. Ludwik Kamiński]. Bóg przebacza, ale sam nie jest w stanie popełnić błędu. Wydaje się, że wszechwiedza i nieskończona mądrość nieuchronnie wiążą się z nieomylnością.

Z drugiej strony może przyjść nam do głowy przeciwieństwo nadczłowieka – istota, która zasadniczo jest bezmyślna. W latach 90. komik Bill Hicks zarzucił mało bystrym widzom, że gapią się na niego jak „pies, któremu pokazano sztuczkę karcianą”. Porównanie przywołuje postać nieszczęsnego magika, który marnuje swój kunszt na bezrozumne stworzenie. Hicks po części wyśmiewał samego siebie – przecież tylko frajer podjąłby się tak bezsensownego zadania. W jego słowach jednak kryła się druzgocąca krytyka publiczności. Zarzucał jej bowiem głupotę, znacznie większą niż jego frajerstwo.

Przecież oglądamy magiczne sztuczki właśnie po to, aby nas przechytrzono. Ale żeby tak się stało, najpierw musimy z nich cokolwiek rozumieć, np. założyć, że magik rzeczywiście umieścił z powrotem w talii kart dziesiątkę kier. Przysłowiowy pies nie będzie się nad tym zastanawiał, bo kawałki tektury z symbolami nic dla niego nie znaczą. Dzięki temu nie pozwoli się oszukać. Hicks dał jasno do zrozumienia, że widzom – podobnie jak psu – brakuje bystrości, aby podążać za jego żartami, a więc by dać się nabrać. W tym kontekście zatem skłonność do popełniania błędów i przyjmowania fałszywych założeń raczej świadczy o naszej zdolności do myś­lenia, niż jej zaprzecza.

Badacze układu wzrokowego człowieka również wskazują na związek między zdolnością do popełniania błędów a myśleniem. Spójrzmy na zamieszczony poniżej rysunek stworzony przez Edwarda Adelsona, neurologa z Massachusetts Institute of Technology. Przedstawia on obiekt rzucający cień na szachownicę. Pole B, znajdujące się w cieniu, wydaje

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Święte znaki
i
Mieczysław Wasilewski, rysunek z archiwum.
Edukacja

Święte znaki

Maciej Wesołowski

Mniej więcej wtedy, kiedy wymyślono koło, zrodził się też drugi, być może jeszcze bardziej rewolucyjny pomysł: że słowa można zapisywać.

Na początku był obrazek czy – jak to mówią badacze pisma – piktogram. Dłoń, drzewo, radło, oko, ptak, słońce, woda (oznaczały ją dwie fale, jedna nad drugą). Z pojedynczych znaczków składano proste rebusy: usta plus chleb równa się jedzenie. Dzięki piktogramom i rebusom łatwiej było handlować, kontrolować, liczyć. Z czasem jednak same piktogramy i rebusy przestały wystarczać. W drugiej połowie IV tysiąclecia p.n.e. w kraju Sumerów, żyjących w delcie Eufratu i Tygrysu (późniejsze tereny południowej Mezopotamii, a obecnie Iraku), zrodził się system klinów – znaków nieco podobnych do gwoździ lub litery T, które rysowano bądź żłobiono (albo po prostu wyciskano) trzcinowym rylcem w glinie. I tak kombinacja trzech pionowych i czterech poziomych „gwoździ” reprezentowała głowę, cztery ukośne oznaczały jęczmień, a jeśli ktoś chciał przedstawić chleb, to rył trzy „gwoździe” stojące na jeszcze jednym. Piśmiennicze symbole przekształcały się w coraz bardziej abstrakcyjne. Po kolejnych dwóch tysiącach lat, około 2800 r. p.n.e., można było już zapisać dźwięki ludzkiej mowy.

Czytaj dalej