Oko na Lovelocka
i
Filozof Bruno Latour porównał kiedyś Jamesa Lovelocka do Galileusza; gdy naukowiec dowiedział się o tym, skromnie zgodził się z tą paralelą; zdjęcie: Nick Sinckler/SPL/East News
Kosmos

Oko na Lovelocka

Łukasz Kaniewski
Czyta się 18 minut

Kiedy pewnego razu ktoś pochwalił jego nieszablonowe myślenie, szczerze się zdziwił, że w tej dziedzinie w ogóle istnieją jakieś szablony. James Lovelock – wynalazca, naukowiec, współpracownik NASA, a przede wszystkim jeden z autorów teorii Gai.

Czterdziestoletni Lovelock widział coraz mniej sensu w tym, co robił. Cierpiał, męczył się. Alkohol pił zbyt często i bez umiaru, palił jak smok. Kiedyś miał niespożyte siły, teraz energii wystarczało mu ledwie na przetrwanie dnia. Patrząc na sprawy obiektywnie, nie powinien narzekać. Był przecież jednym z najbardziej cenionych konstruktorów aparatury naukowej. Regularnie publikował w prestiżowym czasopiśmie „Nature”, na którego łamach zadebiutował w wieku 25 lat. Miał świetną posadę w brytyjskim National Institute for Medical Research. Czuł jednak, że się zapada. Pochłaniał go dół, który sam pod sobą kopał, i nie wiedział, czy cokolwiek może go z niego wyciągnąć.

Ratunek przyszedł z kosmosu.

Halo, tu NASA

Science fiction była pierwszą miłością Jamesa Lovelocka. Miał osiem lat, kiedy zaczął wypożyczać książki z lokalnej biblioteki. Najwięcej czasu spędzał przed regałem z literaturą fantastycznonaukową. Sięgał po Juliusza Verne’a, Olafa Stapledona, H.G. Wellsa. Wkrótce Jim przeczytał wszystko, co biblioteka mogła mu zaoferować z tego gatunku. W dorosłym wieku wybierał już literaturę naukową, przede wszystkim z zakresu astronomii oraz chemii, ale pamięć o pierwszym literackim zauroczeniu została w jego sercu. Wróciło ono wiele lat później, już nie jako fikcja, lecz rzeczywistość. Na przełomie lat 50. i 60. do 40-letniego Lovelocka z propozycją pracy zgłosiła się amerykańska agencja kosmiczna NASA. Nie wahał się ani chwili.

Oferta stanowiła duże wyróżnienie, bo NASA nie była w owym czasie chętna do współpracy międzynarodowej. Brytyjczyk Lovelock został zaproszony jako jedyny obcokrajowiec do wstępnych prac koncepcyjnych nad sondą mającą polecieć na Marsa. Do jego zadań należała pomoc w zaplanowaniu aparatury badawczej. Praca dla NASA nie do końca spełniła oczekiwania naukowca, bo polegała głównie na niekończących się dyskusjach, jaki sprzęt należy zamówić, aby wyposażyć marsjańską sondę – on zaś najbardziej lubił osobiście konstruować potrzebną aparaturę (najchętniej z materiałów, które akurat miał pod ręką). Jednak to właś­nie podczas tamtych prac koncepcyjnych wpadł na trop idei, która nadała sens drugiej połowie jego życia.

W kwietniu 1961 r. Jurij Gagarin wyruszył w orbitalny lot i został pierwszym człowiekiem, który zobaczył Ziemię z kosmosu. W tym samym czasie Lovelock oraz jego koledzy obmyślali, jakie instrumenty powinna mieć na pokładzie sonda, aby móc wykryć ewentualne marsjańskie życie. Lovelock wytykał współpracownikom, że wszystkie ich pomysły – szukanie białek i DNA – zakładają, że życie

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Tylko jedno słońce
i
Sofie Ribbing, „Rysujący chłopcy” (fragment), 1864 r., Göteborgs Konstmuseum/Wikimedia Commons (CC BY-SA 3.0)
Opowieści

Tylko jedno słońce

Camille Bordas

Opowieść o śmierci, sztuce i dzieciach, które nie zawsze są takie, jak chcieliby ich rodzice.

To nie jest jedna z tych opowieści, w których rośliny, zwierzęta i ludzie umierają jedno po drugim w trakcie roku szkolnego, ale ponieważ zaczyna się podobnie, głupio byłoby tego nie odnotować, więc to zrobię. Właśnie to zrobiłem. Śmierć goniła śmierć. Najpierw, w czerwcu, umarł mój ojciec, potem szczeniak, którego moja była żona przygarnęła, by pocieszyć dzieci po stracie dziadka, a na koniec szkolny woźny Lane. Ta ostatnia śmierć wydarzyła się tuż po Halloween, w stołówce, podczas przerwy obiadowej, na oczach dzieci. Atak serca. Kilka tygodni później mój syn Ernest wrócił ze szkoły i powiedział mi, że ma nadzieję, że nie istnieje życie wieczne.

Czytaj dalej