Tylko jedno słońce
i
Sofie Ribbing, „Rysujący chłopcy” (fragment), 1864 r., Göteborgs Konstmuseum/Wikimedia Commons (CC BY-SA 3.0)
Opowieści

Tylko jedno słońce

Camille Bordas
Czyta się 27 minut

Opowieść o śmierci, sztuce i dzieciach, które nie zawsze są takie, jak chcieliby ich rodzice.

To nie jest jedna z tych opowieści, w których rośliny, zwierzęta i ludzie umierają jedno po drugim w trakcie roku szkolnego, ale ponieważ zaczyna się podobnie, głupio byłoby tego nie odnotować, więc to zrobię. Właśnie to zrobiłem. Śmierć goniła śmierć. Najpierw, w czerwcu, umarł mój ojciec, potem szczeniak, którego moja była żona przygarnęła, by pocieszyć dzieci po stracie dziadka, a na koniec szkolny woźny Lane. Ta ostatnia śmierć wydarzyła się tuż po Halloween, w stołówce, podczas przerwy obiadowej, na oczach dzieci. Atak serca. Kilka tygodni później mój syn Ernest wrócił ze szkoły i powiedział mi, że ma nadzieję, że nie istnieje życie wieczne.

– Mam nadzieję, że nie istnieje życie wieczne – oznajmił. To było w salonie, wyglądaliśmy przez okno, czy deszcz zamienia się w śnieg. – Mam nadzieję, że on teraz nie patrzy na mnie z góry.

Spytałem, kogo ma na myśli. Nie byłem pewien, czy chodzi mu o mojego ojca, czy może jednak o Lane’a. Psa raczej nie brałem pod uwagę.

– Po prostu nie chcę, żeby istniało życie wieczne, i już – odparł Ernest po kilku sekundach namysłu. – Dla nikogo. Moim zdaniem jak ktoś umiera, to powinien umrzeć naprawdę.

Razem z siostrą spędzał ten weekend u mnie. Sally, która niedawno skończyła 11 lat i (ku przerażeniu matki) zaczęła się interesować katolicyzmem, lubiła powtarzać, że ma nadzieję, że dziadek patrzy na nas z góry. Mój ojciec miał do niej wielką słabość. Co środa zabierał ją do Art Institute, opowiadał o technikach malarskich, o historii sztuki. Razem byli nie do zniesienia, mieli swoje zabawy w rodzaju: kto szybciej wymieni tytuły wszystkich obrazów z galerii 397 (najbardziej lubianej przez Sally) albo wszystkie imiona Pabla Picassa, który tak naprawdę nazywał się Pablo Diego José Francisco de Paula Juan Nepomuceno María de los Remedios Cipriano de la Santísima Trinidad Ruiz y Picasso (znałem ten ciąg dźwięków na pamięć jak alfabet). Kilka tygodni przed śmiercią ojciec spytał mnie, czy może zabrać Sally na biennale w Wenecji, na którym wystawiano jeden z jego obrazów. Obaj wiedzieliśmy, że to prawdopodobnie ostatnia taka jego podróż. Powiedziałem, że może wziąć Sally, o ile weźmie też Ernesta.

– Dla Ernesta sztuka nic nie znaczy – zaoponował ojciec.

– Ma osiem lat – zauważyłem. – Jego dziadek dużo dla niego znaczy.

Przez dwa tygodnie we trójkę zwiedzali Włochy: Wenecję, Florencję i Rzym. Sally nadal wspominała tę wycieczkę co najmniej raz dziennie. Wycieczkę, którą ja również odbyłem jako dziecko, tyle że byłem wtedy sam z ojcem.

– Możesz sprawdzić, ile jest wart majątek Billa Murraya? – spytał Ernest, odwracając się od okna.

Dzień wcześniej u matki po raz kolejny obejrzał Dzień świstaka. Mógł poprosić ją, żeby mu sprawdziła, jak bogaty jest Bill Murray, ale z jakiegoś powodu zachowywał takie prośby dla mnie. Zajrzałem do Internetu i ustaliłem wielkość fortuny Billa Murraya.

– A my ile mamy pieniędzy? – chciał wiedzieć Ernest.

– Dużo mniej.

Nie wiem, dlaczego nie byłem skłonny odpowiedzieć mu liczbą, dlaczego wydało mi się to niewłaściwe. Ojciec zostawił nam pokaźną sumę i dopiero się z tym oswajałem. Nie sądziłem, że zgromadził aż tyle pieniędzy.

Zadzwonił mój telefon. Dzieci były u mnie tylko przez dwa weekendy w miesiącu, ale nawet wtedy Nikki musiała zadzwonić i sprawdzić, czy wszystko u nich w porządku.

– Dzwoniła do mnie nauczycielka Ernesta – powiedziała.

– Jak się masz?

– A

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Dziadki i dziatki
i
„Starzec i chłopiec” (fragment) , Domenico Ghirlandaio, ok. 1490 r., Luwr (domena publiczna)
Doznania

Dziadki i dziatki

Wojciech Bonowicz

Czułość, bezinteresowność, akceptacja to tylko niektóre z bezcennych elementów międzypokoleniowej wymiany darów. W spotkaniu najstarszych z najmłodszymi przeżywany czas rozciąga się w obu kierunkach naraz, jednym ofiarowując przeszłość, drugim – przyszłość.

Wiszący w Luwrze Starzec i chłopiec, którego autorem jest Domenico Ghirlandaio, to bodaj najpiękniejsze w światowej sztuce przedstawienie więzi łączącej pokolenia najstarsze i najmłodsze. Olejny obraz, namalowany na desce, przedstawia mężczyznę o siwych włosach, poprzecinanym zmarszczkami czole i nosie zdeformowanym przez chorobę. Starzec trzyma w ramionach małego chłopca. Postacie wpatrują się w siebie z miłością i zatroskaniem; mężczyzna lekko się uśmiecha, chłopiec natomiast jest poważny, ale spod czapeczki wysypują mu się figlarnie jasne, długie loki. Policzki ma gładkie, a jego nos i usta są proporcjonalne, co stanowi przeciwwagę dla zniekształconej twarzy starca.

Czytaj dalej