Prawda ma długie rogi
i
zdjęcie: Dirk Martins/Unsplash
Wiedza i niewiedza

Prawda ma długie rogi

Szymon Drobniak
Czyta się 12 minut

Uczciwość jest w przyrodzie nie mniej ważna niż w dobrze funkcjonującym społeczeństwie ludzkim.

Wiosną bieszczadzki las wypełniają biologiczne kody. Jest jak prawdziwa Enigma: pulsuje i szumi tajnymi wiadomościami, ćwierkaniem zaszyfrowanych podpowiedzi, rechotem sekretnych anonsów, pohukiwaniem skrywającym zakamuflowane wezwania. Jeśli ma się szczęście, można dosłownie potknąć się o taki tajemny sygnał. W leśnym runie, jeszcze chłodnym od wycofującej się zimy, znaleźć możemy fraktalne niby-drzewo, rozgałęziony totem zrzucony przez leśnego rogacza. My, ludzie, przywykliśmy do komunikatów dźwiękowych, wiadomości niesionych przez drgania powietrza. Kostny kandelabr poroża trudniej nam odczytać. Żeby go dobrze zrozumieć – wraz z zakodowaną w nim wiadomością – trzeba cofnąć się kilka miesięcy wstecz, do zasnutego mgłami górskiego września.

Gra w miłość

Wrzesień ma bardzo specyficzny zapach. To chyba jeden z najbardziej geograficznie sprecyzowanych miesięcy: pachnie bardzo konkretnie danym miejscem. Suchością klonowych liści w ciepłe miejskie poranki. Deszczowym wiatrem nad pustym, zaoranym polem. Wilgotną lepkością błota, ziemistym zapachem gęstej gliny oblepiającej górskie stoki i mlaszczącej w karbach podeszwy skórzanych traperów. Ten ostatni zapach kojarzy mi się z wyślizganym jesienią bukowym lasem, czupryną jeżącą się na ociekających mżawką wzgórzach Bieszczadów. Na początku wiosny cofamy się w sam środek września właśnie. Las – zapominając powoli o lecie – nasiąka porankiem, krople kołyszą się na czubku każdej gałęzi i każdego jeszcze przyczepionego do łodygi liścia. Jest czarną ścianą bez trzeciego wymiaru, płaską nocą, pod którą podchodzę ostrożnie. Czuję chłód, po twarzy ścieka mi pot i soczysta mgła przedświtu. Nie przejmuję się tym zbytnio, może tylko chlupocząca w butach woda na chwilę rozstraja skupiony na obserwacji mózg. Po chwili umysł

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Kłamczuchy z dżungli
i
Kiedy liściec, owad z rodziny straszyków, czuje się zagrożony, zaczyna drżeć jak (lekko nagryziony) liść na wietrze/zdjęcie: Getty Images
Wiedza i niewiedza

Kłamczuchy z dżungli

Szymon Drobniak

Łżą, manipulują i wyprowadzają w pole. Potrafią też doskonale udawać i podszywać się pod innych. Motyle, węże, nocoloty czy kukułki to niezłe cwaniaki.

Czuję się kompletnie oszukany. Cudownie, fantastycznie wręcz zmanipulowany. Z radości aż podskakuję na śliskich od błota kamieniach – dawno nikt mnie tyle razy nie wystrychnął na dudka, nie zagrał mi na nosie, w dodatku w tak przepięknym stylu. Do stacji badawczej Las Cruces zostało mi jeszcze jakieś 6–7 km marszu. Możliwe, że zmoknę – choć tropikalne powietrze jest już i tak gęste od wilgoci. Na sąsiednim zboczu wąwozu rzeki Java właśnie zaczynają buzować i puchnąć białe chmury przewalające się przez górski grzbiet z pobliskiej doliny i leżącego w dole San Vito. Idzie błys­kawiczna kostarykańska ulewa. „Trudno” – myślę sobie i ciesząc się jak dziecko, na palcach odliczam wszystkie niegodziwości i zmysłowe sztuczki, jakie dzisiaj zafundowała mi dżungla. To mój pierwszy dzień w Las Cruces, a już czuję się jak XVIII-wieczny odkrywca. Zrozum­my się dobrze: w dzisiejszych czasach­­ – w erze Internetu, dokumentalnych majstersztyków Davida Attenborough i automatycznych fotopułapek filmujących najskrytsze, najintymniejsze sekrety życia – bycie ­biologiem straciło nieco ze swojego ­pionierskiego romantyzmu. Na wyciągnięcie ręki (a raczej komputerowej myszki) ma się to wszystko, co w pocie czoła w swoich notatnikach spisywali i szkicowali eksploratorzy pokroju Stephena Jaya Goulda, Alexandra von Humboldta czy Johna Jamesa Audubona.

Czytaj dalej