500 lat temu w pałacu Cloux we francuskim Amboise zmarł Leonardo da Vinci. Miał 67 lat. Ostatnie miesiące spędził schorowany na garnuszku francuskiego króla, walcząc ze zniedołężnieniem po udarze mózgu, porządkując notatki i sporadycznie tylko biorąc się za szkice. Na pewno nie była to starość na miarę jego marzeń, a tym bardziej na miarę naszych wyobrażeń o geniuszu z Toskanii i szacunku, jakim darzymy go dzisiaj. Owszem, już za życia uważany był za giganta. Podziwiano jego obrazy i plany, stał się inspiracją dla całych pokoleń artystów i wynalazców. Daleko jednak temu było do bałwochwalczego wręcz uwielbienia, jakim darzymy Leonarda dzisiaj.
Narastające szaleństwo
Weźmy Mona Lizę. Traktowano ją kiedyś tylko jako jeden z wielu obrazów Leonarda da Vinci, nie jak najwspanialsze dzieło świata. Gioconda zdobyła sławę i nabrała blasku dopiero po kradzieży z Luwru w sierpniu roku 1911. Dziwne okoliczności zniknięcia dzieła, śledztwo, podejrzenia – to wszystko nakręcało zainteresowanie. „Kompozytorzy pisali muzykę na cześć Mony Lisy i urody modelki; prasowi rysownicy satyryczni wykpiwali wysiłki policji zmierzające do jej odnalezienia; kabaretowe szansonistki występowały jako jej wersja topless – pisze w książce Muzeum zaginionych dzieł: historia kradzieży