Tygrys w naszym domu Tygrys w naszym domu
i
Dr Hanna Gucwińska; zdjęcie: Jerzy Pieśniakiewicz/archiwum nr 1390/1971 r.
Ziemia

Tygrys w naszym domu

Hanna Gucwińska
Czyta się 10 minut

Tygrys jest symbolem krwiożerczości i drapieżności. Już przed naszą erą trzymano go w menażeriach monarchów hinduskich i chińskich. W czasie wschodnich podbojów Aleksandra Wielkiego sprowadzono go do Europy. Był postrachem na arenach cyrków rzymskich.

W dzisiejszych czasach jest popularny prawie we wszystkich cyrkach. Ale dopiero zwierzęciem bardziej znanym stał się dzięki licznym hodowlom w ogrodach zoologicznych. Dokładniejsze obserwacje tygrysów nie potwierdziły opinii o ich szczególnej złośliwości. W porównaniu z innymi dużymi kotami w warunkach zoo jest zwierzęciem o bardzo wrażliwej psychice.

We Wrocławskim Ogrodzie Zoologicznym rozmnażają się tygrysy sumatrzańskie. Są to już rzadkie okazy, a w ogrodach zoologicznych świata występuje ich zaledwie około 100 sztuk.

W naturze prowadzą życie samotne. Kojarzą się w pary tylko na krótko w okresie godowym. Młode przebywają przy matce do trzech lat. Kiedy nasza tygrysica sumatrzańska ukończyła trzy lata, połączyliśmy ją z jedynym w tym czasie posiadanym 16-letnim samcem, który wkrótce zdechł ze starości. Przez następne osiem lat tygrysica nie przyjmowała do swej klatki żadnego z czterech dorodnych samców. Agresywność jej w stosunku do kolejnych partnerów była duża i gdyby nie nasza dokładna obserwacja, a następnie natychmiastowa interwencja, nie wiadomo czy „kandydaci na mężów” nie przypłaciliby życiem chwilowej obecności w jej pomieszczeniu.

Dopiero przed rokiem udało się ją skojarzyć z jej rówieśnikiem, z którym w roku bieżącym dała przychówek. Kiedy u tygrysicy zbliżał się termin pierwszego porodu byliśmy bardzo zaniepokojeni, tym bardziej, że musieliśmy wyjechać za granicę. Nasi koledzy pozostający w zoo obawiali się również porodu u tak cennego zwierzęcia.

Od lat wszyscy przeprowadzamy wnikliwe obserwacje nad zachowaniem się matek przed porodem, urodzinami, a następnie w okresie opieki nad potomstwem. Często przez okres dwóch tygodni pełnimy dyżury dzień i noc, notując obserwacje. Jednak decyzja odebrania małych i ich sztucznego wychowu, w wypadku nieodpowiedniej opieki matki, zawsze należy do najtrudniejszych. Decydując się na sztuczny wychów zwierzęcych dzieci, trzeba mieć pewność, że innego wyjścia nie ma. Decyzja ta nie może być podjęta za późno, bo oprócz osłabienia młodych, zniecierpliwiona matka może okazać się agresywna w stosunku do własnych dzieci.

zdjęcie: Jerzy Pieśniakiewicz/archiwum nr 1390/1971 r.

Przebywając w Finlandii często myślami wracaliśmy do Wrocławia. Natychmiast po powrocie, z lotniska warszawskiego, skontaktowaliśmy się z kolegami i otrzymaliśmy niepomyślną wiadomość. Tygrysica urodziła dwoje małych, z których jedno słabe zginęło wkrótce po porodzie. Drugie — dorodny samczyk — początkowo był pod doskonalą opieką własnej matki.

Niestety, podczas potężnej czerwcowej burzy, która przeszła nad Wrocławiem, tygrysica bardzo się przestraszyła. Wichura, grzmoty i łamiące się drzewa w pobliżu „domu drapieżców”, były powodem wstrząsu psychicznego wrażliwej matki. Skutkiem tego szóstego dnia od momentu porodu tygrysica straciła mleko. Kiedy głodny tygrysek nieporadnie czołgał się po pomieszczeniu, wołając rozpaczliwie pomocy, straciła cierpliwość. Przestała go wygrzewać, ograniczając swą opiekę jedynie do parokrotnego polizania małego.

Kiedy dzwoniliśmy z lotniska, mały — osłabiony głodem i zimnem — spał samotnie w kąciku, a matka na wybiegu zewnętrznym wygrzewała się na słońcu. Natychmiast podjęliśmy decyzję sztucznego wychowu tygrysiątka. Nie był to pierwszy tygrys chowany sztucznie, ale z doświadczenia wiedzieliśmy, że wychów tygrysów w porównaniu z wychowem lwów czy nawet panter nie należy do łatwych.

Mały pomimo, że pierwszy tydzień życia spędził przy tygrysicy, przyjął mnie bez zastrzeżeń za matkę zastępczą. Mając zamknięte jeszcze szpary oczne nie zapamiętał obrazu matki, ale doskonałym węchem znał jej zapach. Początkowo, kiedy niespodziewanie wyczuł moją obecność, usiłował w popłochu uciekać. Ale wystarczył powolny uspokajający głos i dotyk ręki, by strach minął. Widocznie był bardzo zmęczony długim szukaniem pokarmu przy matce, bo po pierwszym nakarmieniu zasnął mocno.

zdjęcie: Jerzy Pieśniakiewicz/archiwum nr 1390/1971 r.
zdjęcie: Jerzy Pieśniakiewicz/archiwum nr 1390/1971 r.

W drugim dniu witał mnie już charakterystycznym dla tygrysów przyjaznym prychaniem. Podchodząc do niego zawsze musiałam wcześniej odezwać się żeby go nie zaskoczyć.

Od pierwszych chwil lubił, podobnie jak nasze domowe koty, głaskanie pod brodą. Czując dotyk ręki opiekuna wyciągał głowę, nadstawiał pyszczek i zamierał w bezruchu. Jeszcze ślepy, wywracał się na grzbiet i bawił własnymi łapkami. Samodzielnie ssał mieszankę mleczną (mleko z kleikiem ryżowym i dodatkiem witamin). W tym okresie wypijał 200 gramów mieszanki. Jeżeli nie udało się mu chwycić od razu smoczka, złościł się i krzyczał. Przy ssaniu przednimi łapkami wykonywał masaż, podobnie jakby to robił przy wymieniu matki. Pazurki tygrysa już w okresie wczesnego niemowlęctwa są bardzo ostre, a nie umie ich jeszcze chować. Karmiąc małego, ręce miałam zawsze mocno podrapane.

W dziesiątym dniu życia rozchyliły się jego szpary oczne. Najpierw oczy były jakby zamglone, niezbyt sprawne, ale już w dwa dni później nabrały intensywnej niebieskiej barwy. W wieku późniejszym, oczy tygrysa zmieniają się na zielono-żółte z okrągłą źrenicą. Od momentu otwarcia oczu zaczął szybko postępować rozwój psychiczny wychowanka. Już nie musiał słyszeć mojego głosu nim się zbliżałam. Zaczął reagować na obce osoby, ale przestrachu nie obserwowałam, raczej ciekawość.

W tym wieku wszyscy ludzie wydawali się mu przyjaźni i dobrzy. Otoczenie darzył dużym zaufaniem nie wykazując niepokoju. Bawiąc się łapał moje ręce pazurkami i przytrzymywał bezzębnymi dziąsłami. Czasem wiedząc mnie z daleka, przygotowywał się do zabawy, otwierając pyszczek jakby w uśmiechu. Jeszcze nie stawał na nogach, jego ruchy były niezgrabne — czołgał się na brzuchu.

Karmiony co 3 godziny mleczną mieszanką, z przerwą nocną od 24.00—7.00, nie czuł się głodny. Prawdopodobnie mleko naszej tygrysicy nie było pełnowartościowe, bo w pierwszych dniach życia małego, poduszeczki łapek były mocno zaczerwienione i łuszczyły się. Po podaniu witamin i związków mineralnych w mleku, dolegliwość ta ustąpiła.

Dorosłe tygrysy dużo czasu spędzają pielęgnując swoje futro. Wylizują się dokładnie, zwłaszcza po jedzeniu, lubią wodę i chętnie się kąpią. Nasz wychowanek przed otwarciem oczu wylizywał nieudolnie własne łapki. Kiedy szpary oczne rozchyliły się, dużo czasu poświęcał na codzienną toaletę. Mnie również chętnie mył szorstkim językiem. Zwłaszcza moją twarz i ręce mył długo, dokładnie i bardzo delikatnie.

Kiedy po dwóch tygodniach życia zaczęły wyrzynać się pierwsze ząbki, usiłował wszystko gryźć. Gryzł rosnącymi ząbkami brzeg drewnianego kojca, w którym przebywał, czasem moją rękę. Podobnie jak małe dzieci w tym okresie, marudził i niecierpliwił się.

zdjęcie: Jerzy Pieśniakiewicz/archiwum nr 1390/1971 r.

Mając 20 dni zaczął chodzić na wyprostowanych nogach. Początkowo na śliskiej podłodze nogi rozjeżdżały się na boki i mały przewracał się. W czasie snu układał się już w pozycji podobnej dorosłym tygrysom. Zabawy z dnia na dzień stawały się coraz bardziej dorosłe. Wprawdzie nadal leżąc na grzbiecie zaczepiał mnie łapkami, ale zaczęły się też zabawy bardziej zorganizowane, udające polowanie.

Na mój widok czaił się, przywierał brzuszkiem do ziemi, a następnie na przykurczonych nogach cicho podchodził. Jeżeli dostrzegłam jego manewry, przyczajał się, czekając aż przestanę zwracać na niego uwagę. Następnie z niewielkiej odległości wykonywał nagły skok. W zapale walki zapominał, że ma ostre pazury i zęby. Kiedy już zapolował, przytrzymywał zębami moją rękę lub nogę, a tylnymi łapami drapał.

Zabawy te coraz bardziej przypominały prawdziwe polowanie i rozrywanie zdobyczy. Czając się wykazywał dużo cierpliwości, chował się za meble, ostrożnie wyglądał, a zauważony przywierał do podłogi. Zabawę traktował zawsze poważnie, oczy jego nabierały wtedy wyrazu wielkiego skupienia i drapieżności. Goniąc mnie, umiał biec na skróty i szybko dogonić. Ulubioną jego zabawą było tarmoszenie ręcznika czy też bieganie za sznurkiem z uwiązaną szmatką. W wspólnych zabawach usiłował skoczyć na plecy człowieka.

zdjęcie: Jerzy Pieśniakiewicz/archiwum nr 1390/1971 r.
zdjęcie: Jerzy Pieśniakiewicz/archiwum nr 1390/1971 r.

Na spacerach chował się za drzewa, zaczajał, czołgał, podkradając się do mnie coraz bliżej. Nie lubił przestrzeni otwartych, zawsze wybierał zarośla, skradał się pod płotem lub murem. Jeżeli się przestraszył, uciekał w zarośla i zaraz mnie nawoływał.

W wieku dwóch miesięcy środowisko nie wydawało mu się już tak bezpieczne jak w okresie niemowlęctwa. Płoszył się na widok pojazdów mechanicznych. Wykazywał zadowolenie, kiedy brano go na ręce, ale nie lubił bezmyślnego noszenia „w kółko”. Trzeba go było nieść w jakimś kierunku. Po drodze interesowało go żywo całe otoczenie. Reagował na poruszane wiatrem liście drzew, przechodzących ludzi lub też zwierzęta, przebywające na wybiegach. Trzymany tylko na rękach, szybko się nudził, krzyczał, drapał i wyrywał się. W czasie naszych spacerów nigdy nie próbował wychodzić na drzewa, czasem tylko podbiegał szybko do pnia, ostrzył pazury i wracał do swoich zajęć. W miarę wzrostu i rozwoju tygrysa, ja stawałam się coraz gorszym partnerem do zabawy.

Nie znałam tygrysich zasad zabawy w polowanie. Moja rola ograniczała się zawsze do roli ofiary. Nie wystarczało wytrzymałości na tygrysie zęby i pazury. Czasem udawało się zająć tygrysa piłką. Chętnie toczył ją przed sobą, polował na nią, przytrzymywał i gryzł. Ale zainteresowanie piłką szybko mijało, bo wolał zabawę z kimś żywym.

Zawsze, kiedy zostawał sam w kojcu, krzyczał, domagając się mojego powrotu. Czasem stawał na tylne nogi i w złości gryzł brzegi drewnianego kojca. W mieszkaniu nadsłuchiwał czy kroki nie zbliżają się do niego. Niemniej bawił się ze mną zawsze bardzo ostro, drapiąc i gryząc. Skarcony, natychmiast się uspokajał, prychał przepraszająco, ocierał, ale natura tygrysia szybko zwyciężała i wszystko zaczynało się od początku.

Sądzę, że gdyby był często karcony, zrozumiałby pod wpływem strachu i tresury, że gryźć nie wolno, ale naszym celem jest wychowanie zdrowego i normalnego w swej psychice zwierzęcia. Wszelka tresura w warunkach ogrodu zoologicznego, nie powinna mieć zastosowania. Zwłaszcza zastępując matkę młodym zwierzętom trzeba mieć ich zaufanie i nie wolno dopuścić, żeby czuły lęk przed opiekunem.

Nasz bardzo towarzyski wychowanek lubił zabawę z innymi zwierzętami. Goryle traktował prawdopodobnie jak małe dzieci. Chętnie nadstawiał grzbiet na ich głaskanie, witał je prychnięciem, ocierał się jak kot domowy o nogi człowieka. Goryle zdziwione jego dużymi wąsami, próbowały je ostrożnie wyskubać. Tygrys, szarpnięty mocniej, wpadał w niepohamowaną złość, stając się niebezpieczny dla goryli.

Tygrysice, nawet w starszym wieku, z własnymi dziećmi bawią się jak kocięta. Wykazują zdumiewającą cierpliwość, znoszą wszystkie wybryki małych. Często, kiedy zmęczona matka kładzie się i poruszając ogonem chce wyrazić swoje niezadowolenie, małe urządzają polowanie na ruszający się koniec ogona. W czasie wspólnych zabaw, matka uczy polowania, czajenia się, zabijania i rozrywania ofiary. Wychodząc na polowanie tygrysica nie pozostawia swych dzieci na dłuższy czas.

Na pierwszy spacer wyprowadza dwumiesięczne tygrysięta. Kiedy dzieci mają pół roku, odważa się odejść od gniazda na dłużej. W tym też okresie młode zaczynają brać udział w polowaniu. W naturze tygrysice rodzą co 3—4 lata, opiekując się potomstwem do trzech lat.

Mój wychowanek zgodnie z naturą domagał się mojej stałej obecności, wspólnych zabaw, nie chcąc przebywać w pomieszczeniu samotnie. Wielkim dla mnie kłopotem było to, że tygrys nie chciał długo jeść mięsa. W pierwszych dniach swego życia wypijał co 3 godziny mleczną mieszankę, później jego wymagania wzrosły tylko co do ilości mieszanki, ale innej karmy nie uznawał.

Nasz mały wychowanek był dziwnym tygrysem. Nie uznawał mięsa. Już w wieku miesiąca rzucał się drapieżnie na butelkę ze smoczkiem, traktując ją, jak zdobyty łup, który może uciec. Przy piciu mleka powarkiwał, traktując opiekuna jak rywala, ale zupełnie obojętnie odnosił się do przygotowanej mieszanki mięsnej. Jeżeli zmuszałam go do jedzenia, złościł się i pluł.

Zazwyczaj zwierzęta drapieżne zupełnie spokojnie zjadają karmę mleczną, a dopiero dostając mięso i krew stają się przy jedzeniu niebezpieczne dla opiekuna. Byłam zaniepokojona, ponieważ mleczna mieszanka nie stanowiła już wystarczającego pokarmu. Dopiero, kiedy miał dwa miesiące udało się go przekonać, że mięso jest jadalne dla tygrysów. Dziś chętnie zjada wszystkie rodzaje mięs lubiąc najbardziej mięso królicze. W naturze tygrys poluje na małe, średnie i nawet duże zwierzęta kopytne.

Obecnie nasz wychowanek zamieszkał w zoo w pomieszczeniu przeznaczonym dla młodych zwierząt. Jego sąsiadką jest 8-miesięczna puma (również wychowana sztucznie) i półroczny lewek. Wszystkie czekają na codzienną zabawę z opiekunem. Pomimo, że między zwierzętami nawiązał się kontakt, zawsze człowiek jest najmilszym towarzyszem zabaw.

W pierwszych chwilach naszych wspólnych zabaw są one zawsze łagodne. Później jednak zwycięża młodzieńczy temperament i wraca natura drapieżnych kotów. Gryzą i drapią oczywiście nie w złości, ale ich pazury i zęby nawet w zabawie są niebezpieczne. Najgroźniejszy jest tygrys, później, zwinniejsza od niego puma. Lew, najłagodniejszy, często zachowuje się jak oswojony psiak.

Wychowane sztucznie duże drapieżce całe swoje życie pamiętają człowieka, którego w dzieciństwie przyjęły za matkę. Poznają ją wśród tłumu zwiedzających w ogrodzie zoologicznym, witają radośnie. Proszą o pieszczoty i jak najdłuższą obecność.

W okresach dłuższej nieobecności — tęsknią. Kiedy chorują, cierpią, starają się być jak najbliżej opiekuna, przy nim czując się bezpiecznie. Nigdy jednak nie można zapominać, że ma się do czynienia ze zwierzęciem drapieżnym, często w warunkach naturalnych nie żyjącym stadnie.

Obecnie nasza tygrysica urodziła następną trójkę młodych, z których jedno, mało aktywne z powodu choroby tarczycy, musiało być odłączone od matki. Przebywa w niemowlęcym inkubatorze i sądzę, że podawane w mleku środki lecznicze usuną dolegliwość. Dwa pozostałe tygrysy znajdują się pod troskliwą opieką matki.

Mamy nadzieję, że będziemy mogli zaprezentować je zwiedzającym na łące, która przed dwunastu laty była miejscem dzieciństwa ich matki.

zdjęcie: Jerzy Pieśniakiewicz/archiwum nr 1390/1971 r.

Tekst pochodzi z numeru 1390/1971 r., (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Powrót do afrykańskiego buszu Powrót do afrykańskiego buszu
i
zdjęcie dzięki uprzejmości Elsa Conservation Trust
Ziemia

Powrót do afrykańskiego buszu

tekst z archiwum, nr 828–830/1961 r.
Joy Adamson

Wygrzebany z archiwów wzruszający tekst o przyjaźni człowieka i dzikiego zwierzęcia, czyli największy hit „Przekroju” z roku 1961 – opowieść o lwicy Elsie i jej ludzkiej matce.

Zaczęło się tak:

Pewna młoda Austriaczka, Friedericke Victoria Gessner, urodzona na dzisiejszym Śląsku Czeskim, w Opawie, w roku 1910, wskutek życiowych perypetii i historycznych zawieruch znalazła się w Kenii. Tam poślubiła Brytyjczyka Geor­ge’a Adamsona, który opiekował się dziką zwierzyną w jednej z kenijskich prowincji. Pewnego dnia George i Joy, jak teraz nazywano Friedericke, stali się zastępczymi rodzicami dla trójki młodych lwiątek. Ta przygoda zaowocowała serią napisanych przez Joy Adamson bestsellerów wzbudzających entuzjazm czytelników na całym świecie. Historia lwicy, która pokochała swoich ludzkich rodziców, a potem wróciła na łono natury, doczekała się też filmu i serialu – pod tytułem Elza z afrykańskiego buszu. „Przekrój” przybliżył czytelnikom historię Elsy w 1961 r., sześć lat przed tym, nim ukazała się ona po polsku w wydaniu książkowym.

Czytaj dalej