Jak wiele osób mieszkających w dużym mieście myślę czasami o ucieczce, nawet jeśli lubię swoje mieszkanie i dzielnicę. Od jakichś 10 lat (a zbliżam się do czterdziestki) widzę, że wielu z moich znajomych snuje ciszej lub głośniej marzenia o odskoczni, nawet nie od miasta, a od miejskiej zadaniowości, od tempa i bezrefleksyjności życia.
Żartujemy często, że pokolenie naszych rodziców dojrzewało do pragnienia „daczy” między czterdziestką a pięćdziesiątką, a my, wymaglowani już na starcie dorosłości stresem, pracą, wyścigiem o utrzymanie się na powierzchni i ogólnym niepokojem płynnej nowoczesności, „zestarzeliśmy się” o wiele szybciej, jeśli za objaw starzenia się można wziąć pragnienie spokoju, kontaktu z przyrodniczym konkretem i alternatywną rzeczywistością, którą miałyby oferować nam nasze wymarzone „miejsca ucieczki”. Trudno jednak wychowywać dzieci na odludziu, chcąc dla nich jednocześnie dobrej edukacji i usiłując na nią zarobić. Ciężko stać cztery godziny