Cacka z laki
i
Masatoshi, „Zając o bursztynowych oczach”, netsuke z kości słoniowej i bursztynowego bawolego rogu, około 1880 r., Osaka; zdjęcie: Lostrobots (CC BY-SA 4.0)
Opowieści

Cacka z laki

Edmund de Waal
Czyta się 15 minut

Pod koniec XIX w. zamożni paryżanie zwariowali na punkcie sztuki japońskiej. Wśród przedmiotów tego zbiorowego szaleństwa wyróżniały się zachwycające miniaturowe figurki – netsuke. Zapraszamy w podróż z narratorem, który tropi poczynania swojego przodka, Charles’a Ephrussiego, by ustalić losy pewnej kolekcji tych maleńkich skarbów.

Choć w latach siedemdziesiątych, wyjąwszy dyplomatów i kilku książąt, japońscy przybysze byli w Paryżu rzadkością, ich sztukę widziało się wszędzie. Każdy chciał mieć na własność jakieś japonaiseries: wszyscy malarze, z którymi Charles zaprzyjaźnił się w salonach, wszyscy pisarze, z którymi zetknął się w „Gazette”, członkowie rodziny, przyjaciele, kochanka – wszyscy ulegli temu szaleństwu. […] Wydaje się mało prawdopodobne, by Charles – krytyk, wytworny amateur d’art i kolekcjoner – pozostał obojętny wobec tej sztuki.

W artystycznym świecie Paryża liczył się czas powstania kolekcji. Pierwsi kolekcjonerzy, japonistes, kreatorzy nowego nurtu, górowali nad innymi swym estetycznym wyrafinowaniem. De Goncourt naturalnie nie omieszkał zaznaczyć, że wraz z bratem zetknęli się z japońskimi drzeworytami na długo przedtem, nim Japonia otworzyła się na świat. Pierwsi wielbiciele sztuki japońskiej mimo zaciekłej konkurencji odznaczali się podobną wrażliwością. Jak pisze w swojej książce Paris Herself Again [Paryż znów sobą] George Augustus Sala, w roku 1878 atmosfera braterstwa wśród kolekcjonerów należała już do przeszłości. „Dla obdarzonych skłonnościami artystycznymi amatorów, jak przedstawiciele rodu Ephrussich czy Camondo, japonizm stał się wyznaniem”.

Charles i Louise stali się zatem „neojaponistami”. Byli młodzi i bogaci, lecz artystycznie jakby spóźnieni. W kontakcie ze sztuką japońską liczyła się spontaniczność reakcji oraz intuicja niezakłócona zawiłymi wywodami historyków sztuki. Oto otworzyły się możliwości na miarę nowego renesansu i szanse zdobycia prawdziwie autentycznych dzieł sztuki orientalnej. Były w zasięgu ręki, i to w ogromnej ilości. Należało więc korzystać z okazji i kupować, a o miłości myśleć później.

Samo dotknięcie japońskiego przed­miotu, położenie go na dłoni, obrócenie w palcach wystarczyło, by wyrobić sobie o nim zdanie. Dotyk mówi to, co trzeba wiedzieć, ale przede wszystkim mówi o tobie samym. Edmond de Goncourt tak to ujął: „ […] oto – w nawiązaniu do subtelności, delikatności, pewnej sztywności, że tak powiem, przedmiotów

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Słońce w koronach drzew
i
zdjęcie: Phil Whitehouse/Flickr (CC BY 2.0)
Opowieści

Słońce w koronach drzew

Słowniczek japoński
Piotr Milewski

Język japoński pozwala za pomocą jednego słowa uchwycić to, co na Zachodzie wymaga niekiedy wyszukanych metafor lub neologizmów. Poznajcie kilka takich wyrazów – to czysta poezja!

Komorebi

Sprawa wydaje się oczywista. Komorebi to światło słoneczne, które przenika przez korony drzew. Jak to słowo powstało? Pochodzące z Chin znaki kanji umożliwiają składanie wyrazów w większe, wieloznaczne całości. Gdy myślę nad polskim odpowiednikiem komorebi, przychodzi mi na myśl przymiotnik „migotliwy”. Ale od razu czuję, że nie oddaje on wszystkich wrażeń, jakie wywołuje światło przefiltrowane przez zielone korony drzew. Przecież w tych plamach światła kryje się znacznie więcej niż to, co widzimy. Jest tam spokój, nadzieja, wesołość, ale też melancholia.

Czytaj dalej