Napisał Gałczyński przed wojną wiersz Polowanie z sokołami, który tak się oto zaczyna:
Nagle wyszły Cyganki z zieleni —
a pierścienie miały gwałtowne:
jak by w nocy podpalił prochownię:
szmaragdy i rubiny. Szmaragdy i rubiny.
A dalej:
Pierścieniami jęły potrząsać,
„Morkosz”! — szeptać a śmiać się, a pląsać…
„Morkosz! Morkosz!” i znikły w zieleni.
Tajemnicze słowo „morkosz” powtarza się jeszcze parokrotnie, a zakończenie utworu przynosi rozwiązanie zagadki:
Szaro. Zeszły się barwy smutne i kobiece…
Gwiazdy były jak dzieci trzymające świece,
a wieczór był jak pochyłość.
A działo się to w Roku Pańskim 1935,
w Lasku Bielańskim,
a „morkosz” znaczy w języku cygańskim
miłość.
A zatem „makaronizując” znane słowa arii z opery Carmen: „morkosz to cygańskie dziecię”.
Ale skąd się ten „morkosz” wziął? W żadnym dialekcie cygańskim miłość nie ma takiego miana lecz kamlipen lub kamawipen. Wędrując w cygańskich taborach, rozmakając z moimi cygańskimi przyjaciółmi, bezskutecznie poszukiwałem słowa „morkosz”. Nie znalazłem go nigdzie, a na razie nie miałem okazji, aby zapytać mistrza Ildefonsa, skąd pochodzi „morkosz” z jego wiersza.
Coraz bardziej upewniałem się, że „morkosz” wylągł się w poetyckiej imaginacji Gałczyńskiego, jako dźwiękonaśladowczy, imitujący cygańską mowę twór słowny. Przecież miał poeta do tego pełne prawo. Tak, jak „Słopiewnie” Tuwima napisane są „po nijakiemu”, a poszczególne wyrazy świadomymi zamierzonymi analogiami brzmieniowymi podsuwają czytelnikowi sugestie pewnych poetyckich znaczeń, tak i „morkosz” może być wyrazem stworzonym przez poetę. Jest w tym wyrazie i szum lasu i coś w rodzaju pieszczotliwego, kociego pomruku.
Byłbym już poprzestał na tym, dałbym spokój dalszym dociekaniom, gdyby nie spotkanie i rozmowa z Gałczyńskim w 1950 roku. Zagadnąłem poetę skąd rodem jest „morkosz”. Odpowiedź brzmiała mniej więcej tak:
Byłem na kilka lat przed wojną na warszawskich Bielanach. Gdzieś w pobliżu rozbili swoje namioty Cyganie, kręciło się dużo Cyganek, Cyganiąt, a od czasu do czasu przechodzili i mężczyźni. Cyganki wróżyły, przy nich kręciły się dzieci. Jedna z Cyganek zaproponowała mi wróżbę. Zapytałem: „Jak się nazywa po cygańsku miłość?” Odpowiedziała: „morkosz”.
Poeta dobrze zapamiętał ową bielańską niedzielę. Musiałem mu uwierzyć i znów powróciła nierozwiązana zagadka. Wiedziałem, że i Cyganka nie mogła skłamać, bo wiem, że zawsze, jeśli Cygan chce oszukać pytających go o jakieś cygańskie słowo, podaje im fałszywą informację, wyraz istniejący, choć znaczący coś całkiem innego — z reguły nieprzyzwoity. Ma wtedy satysfakcję, że zakpił sobie z nazbyt ciekawskich osób. Ale „morkosz”?…
Mijały lata. Jest taki wiersz Gałczyńskiego, w którym poeta żartobliwie uskarża się, że pomimo pytań zadawanych przezeń najwybitniejszym mickiewiczologom, pomimo długotrwałych poszukiwań w bibliotekach — nie udało mu się znaleźć odpowiedzi na pytanie: co to znaczy „świerzop” z „Pana Tadeusza”. Wiersz kończy się strofą:
Już szepcą naokół panie:
— Cóż się zrobiło z chłopa! Dziękuję, panie Adamie!!! Jestem ofiara świerzopa.
Jąłem dokładać wszelkich starań w celu wyświetlenia tajemnicy. Daremnie. Nie pomogły wojaże i peregrynacje. Wzdychałem sobie:
Wmieszałem się między
waganty,
majątek mój znikł co do grosza!
Dziękuję, panie Konstanty!!!
Jestem ofiarą morkosza.
Jako że poza tym miałem jeszcze parę innych zmartwień, zdołałem o „morkoszu” zapomnieć. Aż oto ostatnio przypadek kazał mi wspomnieć go znowu i pozwolił rozwiązać zagadkę. Stało się to w trakcie zbierania materiałów do książki o Cyganach, nad którą obecnie pracuję.
W latach poprzedzających I wojnę światową i międzywojennych było w Polsce bardzo wielu Cyganów — „obcokrajowców”, którzy niedawno dopiero przybyli do nas z Bałkanów.
Byli to przede wszystkim przedstawiciele dwóch wielkich cygańskich szczepów: „Kotlarzy” (Kełderasza) i „Koniarzy” (Lowari). Odróżniali się oni od cygańskich tubylców większą strojnością, bogactwem ozdób, naszyjników i pierścieni. Cyganki mówiły z obcym akcentem, przekręcając słowa, nie znając jeszcze dobrze języka polskiego.
Przewędrowywali Polskę i szli dalej, na zachód, rychło docierając poza kontynent, do Anglii, i dalej — poza Europę.
Pewnego razu do Wielkiej Brytanii przybyła duża grupa tych Cyganów. Mówili, że przybywają z Polski. Każdy Cygan — wedle obyczaju — nosił oprócz oficjalnego imienia — „imię-przydomek” cygański.
Ta dwuimienność znana jest wszystkim Cyganom. Cyganka nosi np. imię Marysia, a nazywa się po cygańsku Phabuj (= jabłko). Inna ma imię cygańskie Kali (czarna). Cygan poza swoim „chrzestnym” imieniem zwie się jeszcze Kało (= czarny), Masio (= ryba) itd. Wśród „chrzestnych” imion nowo przybyłych do Anglii Cyganów bałkańskich często spotykało się imię Miłosz, a wśród imion cygańskich znajduję — oczom swoim nie wierząc — imię Morkosz!
Po dalszych dociekaniach udało mi się stwierdzić, że jest to imię-przezwisko cygańskie, znane Cyganom bałkańskim, urobione od słowa morkoi — marchew, a więc coś jak by „Marchwiak”.
No, dobrze, ale co „Marchwiak” ma wspólnego z miłością? Myślę, że nic, i zdaje mi się, że już wiem, jaki przebieg miała rozmowa Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego z Cyganką pewnej niedzieli Roku Pańskiego 1935 w Lasku Bielańskim.
Cyganki wróżyły, koło nich kręciły się Cyganięta, między nimi — synek cygańskiej wróżki, Miłosz.
Mistrz Konstanty zapytał:
— Jak się nazywa po cygańsku miłość?
Żle rozumiejąca polską mowę Cyganka usłyszała:
„Jak się nazywa po cygańsku Milosz”
I odpowiedziała, nie kłamiąc, podając cygańskie imię Miłosza: „Morkosz”.
W taki oto sposób miłość nazwana została „morkosz”, choć ani Cyganka nie zamierzała okłamać poety, ani poeta — nas.
Tekst pochodzi z numeru 979/1964 r., (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.