Death inclusive
Przemyślenia

Death inclusive

Jakub Popielecki

Kto widział choćby Seidlowskie „W piwnicy”, ten zna to ujęcie. Symetryczny kadr z bohaterem otoczonym przez swoje fetysze, nieważne: kolekcję kufli do piwa czy zestaw pamiątek z Trzeciej Rzeszy. W „Safari” podobne tableau powraca wielokrotnie. Tym razem w obiektyw patrzą dumni myśliwi okraszeni aureolą z łbów martwych zwierząt. Sztuczność kompozycji jest ewidentna: oto banał czyjejś codzienności zintensyfikowany przez reżysera tak, by kłuł widza w oczy jawnym Złem. Najbardziej przeraża jednak fakt, że Ulrich Seidl w zasadzie nie musiałby prosić swoich nowych bohaterów, by pozowali do kolejnych upiornych kadrów. Robią to przecież sami z siebie, pstrykając sobie pamiątkowe fotki ze świeżo ubitymi zwierzętami. „Teraz jestem naprawdę szczęśliwa”, mówi kobieta, która właśnie oddała zabójczy strzał. Pora uwiecznić rezultat, dajcie aparat. Temat: uśmiechnięta rodzina i truchło antylopy. Strike a pose.

W „Safari” Seidl wraca do Afryki, gdzie, podążając szlakiem seksturystyki, wybrał się przy okazji „Raju: Miłości”. Tym razem interesuje go śmierćturystyka: Austriackie rodziny wyruszające do buszu, by ustrzelić parę zwierząt i kilka fotek. Obrazek byłby może śmieszny, gdyby nie mroził krwi w żyłach. Spasione cielska „pogromców dżungli” rozlewają się na fotelach i leżakach, słonko grzeje, wokół straszą wypchane zwierzęta. Dwaj wujciowie w typie działkowców, wystrojeni niczym Schwarzenegger z „Komando” i Krokodyl Dundee, skradają się tropem zwierzyny. Jacyś dziadkowie sączą tymczasem piwo w ambonie, spokojnie czekając, aż ofiara raczy łaskawie podejść do nich, sami bowiem ledwo chodzą. Jest też cała rodzinka na wakacjach: mama, tata, rodzeństwo, każde z własną strzelbą i własnym myśliwskim marzeniem. „Nie umiałabym zabić lwa. Ale impalę chętnie”, mówi siostra. „Mnie interesuje słoń”, zdradza brat. All inclusive.

Wszystko odbywa się oczywiście na pełnym legalu. Rozmówcy Seidla stosują jednak rozmaite wykręty: od „to forma ocalenia dla słabszych zwierząt”, przez „kraj zyskuje na tym ekonomicznie”, po „a czemu miałbym się tłumaczyć”. Na ich czyste sumienie pracuje również ochronna bariera myśliwskiego żargonu, który rozcieńcza odpowiedzialność i zaciera ślady mordu. Zamiast krwi jest „farba”, zamiast zwierzęcia „sztuka”, nikt też tu nikogo nie zabija, tylko „kładzie”. Wszystko odbywa się w białych rękawiczkach. Białych także w tym sensie, że to czarnoskórzy tubylcy prowadzą dzielnych europejskich myśliwych do celu niemal za rączkę, a potem sami zajmują się brudną robotą: obdzieraniem ze skóry, ćwiartowaniem i całą resztą. Reżyser – znacząco – nie przyznaje im głosu, filmuje ich niczym niemych świadków. To zaplecze postkolonialnego teatrzyku odgrywanego dla uciechy białych turystów.

„Safari” jest w gruncie rzeczy filmem przyrodniczym à rebours. Oczywiście: Seidl zawsze miał w sobie coś z przyrodnika. Uwięzieni w symetrycznych kadrach bohaterowie jego filmów przypominają przecież oglądane pod mikroskopem okazy, nagie i bezbronne w oku kamery. Reżyserowi zdarzały się jednak przebłyski empatii. Od czasu do czasu potrafił przełamać tę chłodną, naukowo-sadystyczną fasadę. W trylogii „Raj” czy w „piwnicznym” dokumencie pokazywał, jak rozmaite perwersje biorą się z prywatnych tęsknot i marzeń. Pozwalał zrozumieć ekscentryzmy swoich bohaterów, równoważył odruchy obrzydzenia współczuciem. Tym razem bliżej mu do stereotypu „okrutnego Seidla”. Patrzy chłodno, z premedytacją, czekając, aż jego bohaterowie sami się skompromitują. Na empatię trzeba sobie zasłużyć.

Przy okazji twórca ten prowokuje oczywiście pytania o etykę dokumentalisty. Czy wypada pokazywać w złym świetle ludzi, którzy ci zaufali? Czy filmując – niczym mucha na ścianie, bez interwencji – polowanie na żyrafę, nie przykładasz aby ręki do jej śmierci? Ale przecież rozmówcy reżysera nie wstydzą się swojego hobby, z przejęciem opowiadają o pasji do zabijania. A żyrafę „położyliby” tak czy inaczej. Gdyby w pobliżu nie było Seidla z kamerą, pamiątkowa fotka z martwym zwierzęciem i tak trafiłaby do rodzinnego albumu. Jak nigdy, komentarz jest tu zbędny.

„Safari” przypomina w tym aspekcie słynną dylogię Joshuy Oppenheimera o ludobójstwie w Indonezji. W jego „Scenie zbrodni” i „Scenie ciszy” oprawcy brali obecność kamery za dobrą monetę i chełpili się swoim udziałem w krwawych czystkach. To, co Oppenheimer zrobił dla indonezyjskich ofiar, Seidl robi teraz dla zwierząt. Oczywiście wypowiedź któregoś z rozmówców Seidla – „polędwica antylop to sen do kwadratu, możecie mnie zacytować” – pewnie nie ruszy byle widza. Ale wyzywam każdego do wytrzymania w spokoju sceny z dogorywającą żyrafą. Kto nie pęknie, ten zasługuje, by Seidl wycelował w niego kamerę. Tych niezasługujących muszę jednak ostrzec: „Safari” was zaboli. Może nawet tak, że zwątpicie, kto bardziej traci na seansie filmu: upupieni bohaterowie czy straumatyzowani widzowie. 

Czytaj również:

Legion: post-, anty-, superbohater
Przemyślenia

Legion: post-, anty-, superbohater

Kaja Szafrańska

Czas serialowych antybohaterów dobiega końca. Ci, którzy ledwie dwie dekady temu rewolucjonizowali telewizję, wypierając szlachetne postacie będące wzorem dla widzów, ugięli się pod naporem superbohaterów, a ostatnio niewiarygodnych narratorów. Serialowej postaci nie wystarczy więc dziś być już tylko poranionym emocjonalnie i uzależnionym od silnych psychotropów geniuszem medycyny (Dr House). Lepiej być cierpiącym na rozszczepienie osobowości i zaniki pamięci mutantem z rodzinną traumą (Legion).

Ten ostatni doczekał się właśnie serialu, który nie tylko wpisał się w coraz popularniejszy trend nielinearnej fabuły, ale i przez swoją eksperymentalną formę zdołał zredefiniować gatunek seriali superbohaterskich. Napisany i wyreżyserowany przez twórcę antologii Fargo Noah Hawleya Legion jest produkcją zjawiskową z kilku powodów. Po pierwsze, nie próbuje uciekać od komiksowych korzeni i zamiast quasi-realistycznej opowieści w stylu Daredevila czy Jessiki Jones kreuje świat zawieszony poza konkretnym miejscem i czasem. Po drugie, bawi się formą, przyjmując konwencje kojarzone do tej pory z kinem retro, filmem noir, klasycznym science fiction, a nawet francuską Nową Falą. Wprawne oko wyłowi tu nawiązania do filmów Wesa Andersona, Stanleya Kubricka czy Davida Lyncha, ale lista inspiracji jest dłuższa. Po trzecie – ma fantastyczną obsadę, z Brytyjczykiem Danem Stevensem (Downton Abbey) brawurowo posługującym się amerykańskim akcentem i szerokim wachlarzem stanów emocjonalnych.

Czytaj dalej