Filmoterapia na ciężkie czasy
i
fot. Alex Litvin, Unsplash
Opowieści

Filmoterapia na ciężkie czasy

Jakub Popielecki
Czyta się 10 minut

Zawsze, kiedy rzeczywistość zaczynała uwierać, ludzie poszukiwali doraźnego filmowego ukojenia albo chociaż wyjaśnienia. Żeby jednak filmowe lekarstwo zadziałało, trzeba wiedzieć jak je dobrać.

Gdy siedzieliśmy zamknięci w domach, jedno wydawało się oczywiste: na pewno ktoś gdzieś pisze właśnie scenariusz o parze w kryzysie, która – zmuszona do zamknięcia się w czterech ścianach – odkrywa na nowo miłość. Pomysł był tak oczywisty, że wręcz musiał się ziścić choćby po to, byśmy mieli go wszyscy z głowy. I faktycznie: w styczniu 2021 r. premierę miała komedia Skazani na siebie (2021, oryginalny tytuł: Locked Down) realizująca wzorcowo schemat „dzieliło ich wszystko, połączył ich lockdown”. Nie nakręcił jej zresztą byle kto (scenariusz: Steven Knight, reżyseria: Doug Liman, przed kamerą Anne Hathaway i Chiwetel Ejiofor), ale i tak wyszło byle co. Twórcy pechowo nie utrafili we właściwy ton, będąc poważni, gdy powinni być zabawni, i na odwrót. Kiepsko oglądało się komedię zrobioną z tego, co każdy miał w domu na serio: zamiast podnosić na duchu, Skazani na siebie wpędzali w depresję. Sam pomysł, by złagodzić traumę rzeczywistości poprzez filmową fantazję, był jednak trafiony. Precedensów zresztą nie brakuje.

Wielka depresja, wielkie kino

Kinowe lekarstwo aplikowano widzom nie raz. To jednak bardzo wrażliwa operacja i trzeba umiejętnie odmierzyć dawki rzeczywistości i fikcji. Podejdź za blisko,

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Ukryta forteca, czyli ostatnia dekada japońskiego kina
i
kadr z filmu „Miłość obnażona” reż. Sion Sono
Doznania

Ukryta forteca, czyli ostatnia dekada japońskiego kina

Jakub Popielecki

W ostatniej dekadzie Japonia zniknęła z ekranów. A przynajmniej tak to wyglądało z kinowego fotela w pewnym kraju nad Wisłą. Czy to, że Japonia zmieniła się w filmową „ukrytą fortecę”, oznacza, że przez ostatnie lata faktycznie nie było tam co oglądać?

W kronice światowego kina hasło „Japonia” to ważna pozycja. Od Akiry Kurosawy aż po Takeshiego Kitano ciągnie się wianuszek reżyserów mistrzów, którzy od lat regularnie rzucali na kolana publiczność Cannes, Wenecji, Berlina i reszty globu. Dziś szeregowy kinoman z naszej części świata może mieć jednak problem z dopisaniem do listy jakiegoś „świeższego” nazwiska. A przynajmniej takiego, które nie byłoby nazwiskiem pary regularnych canneńskich bywalców Hirokazu Koreedy i Naomi Kawase.

Czytaj dalej