Naszprycowany
Przemyślenia

Naszprycowany

Jan Błaszczak

Na swojej poprzedniej płycie Taco Hemingway pokusił się o koturnowy koncept album i poległ z kretesem. Na szczęście turnus w Hotelu Marmur dobiegł końca i tegoroczny „Szprycer” to po prostu zbiór sprawnie napisanych piosenek o życiu bogatej, trochę zblazowanej warszawskiej młodzieży. Gdyby powstał kilka lat wcześniej, być może miałby szansę, by załapać się do ścieżki dźwiękowej „Wszystkich nieprzespanych nocy”, bo Szcześniak i Marczak obsługują bardzo podobną publiczność. Można by dodać „znów obsługują”, bo „Szprycer” jest przecież powrotem do imprezowych narracji znanych z „Trójkąta warszawskiego” i „Umowy o dzieło”. Główną różnicę stanowi tutaj status głównego bohatera, który od tamtego czasu nie tyle dorósł, co osiągnął komercyjny sukces, o czym lubi przypominać słuchaczowi. 

Taco chętniej opowiada o swojej rozpoznawalności i statusie ekonomicznym, ale wydaje się, że wynika to w dużej mierze z obranej konwencji. „Szprycer” czerpie garściami z hiphopowych trendów z Atlanty i okolic, a wraz z nimi przenosi w polskie realia tamtejszy styl bycia. Oczywiście, raper, który jeszcze niedawno nosił maskę zatroskanego o jutro inteligenta będzie mało przekonujący jako naczelny warszawski alfons, więc Taco stara się mieszać młodzieńczy hedonizm z refleksjami natury ogólnej. Najlepiej wychodzi to w świetnym „Dele”, kiedy po opisie imprezy w nadwiślański Hockach Klockach, raper rzuca błyskotliwe: „J'habite w Warszawie, gdzie każdy ma jakiś projekt / Lecz żaden się nie skończy i żaden nie trafi w obieg”. Niestety, rzadko udaje mu się zachować podobną równowagę , a co gorsza w swojej neofickiej frywolności trafiają się Taco teksty, które zażenują sporą część jego dotychczasowej publiczności („Chętnie popatrzę. Niech się one zajmą same sobą”). Seksizm, na który machnęłaby ręką publiczność Kaza Bałagane czy PRO8L3M, w przypadku Szcześniaka daje po uszach.

Wygląda na to, że niezależnie od zdobytej popularności Taco Hemingway wciąż szuka sobie miejsca na polskiej scenie. Kierunek, który obrał na „Szprycerze” jest ryzykowny, bo trap i komercyjny r&b rap w stylu Post Malone czy Travisa Scotta ma w Polsce duży negatywny elektorat. Z drugiej strony wkurza on fanów twardego, ulicznego rapu, do których Szcześniak i tak nie docierał. Grupą słuchaczy, których raper może rzeczywiście stracić za sprawą tej wolty są słuchacze Trójki i Fisza, którzy widzieli w Taco następcę Waglewskiego, więc teraz mają nietęgie miny. Cieszę się, że Szcześniak nie wpadł w te koleiny, bo – prawdę mówiąc – niewiele znam równie irytujących zjawisk na polskiej scenie niż rap programowo inteligencki. Pytanie tylko czy warszawiakowi wystarczy charyzmy, by w tym nowym anturażu wypadać bardziej przekonująco

Powyższa wątpliwość nie dotyczy tylko warstwy tekstowej, ale przede wszystkim muzycznej. Tutaj bowiem łatwo o groteskę. Wystarczy rzucić okiem na teledysk promujący album Otsochodzi z gościnnym udziałem Taco Hemingwaya, by zrozumieć, co mam na myśli. Oglądam ten klip i mam wrażenie, że w temacie absorbowania do kultury afroamerykańskiej, jest to poziom malującego się na czarno Jacka Hugo-Badera. Zarówno na płaszczyźnie obrazu, jak i samego rapu (usilnie naśladujący Lil Uzi Verta Otsochodzi). Uważam, że Szcześniak ma dość talentu, by darować sobie podobne kalki, ale i jemu zdarza się szprycować modnymi amerykańskimi raperami w stopniu niebezpiecznym. Rozumiem, że zaraz ktoś napisze, że rymowane Kendrickiem Lamarem zwrotki („Chodź”), to po prostu hołd dla amerykańskiego artysty, ale problem w tym, że takich „ukłonów” jest więcej. W innych numerach Taco, oprowadzając nas po modnych warszawskich klubach, żongluje (fakt, sprawnie) Future’em, Drake’iem czy Travisem Scottem. Pomiędzy wersami ścieli się gęsto trapowe „skrrt”, a pociągnięte autotune’em refreny mają tak poustawiane akcenty, że brzmią bardziej po angielsku niż po polsku. Podsumowując, chyba w polskim rapie nie zmieniło się tak wiele od czasów Liroya i Wzgórza Ya-Pa-3. Po prostu wtedy ściągało się, ile wlezie z Cypress Hill i House of Pain, a teraz z Future’a czy Lamara. 

Czytaj również:

Chwilo trwaj!
Przemyślenia

Chwilo trwaj!

Jan Błaszczak

Kiedy przeprowadzałem wywiad z zespołem Lotto, gitarzysta Łukasz Rychlicki opowiadał mi wiele o poszukiwaniu odpowiedniego dźwięku. Tonu, który wprowadzałby grające ze sobą instrumenty w przyjemny rezonans. Może dlatego w utworach tego trio dźwięków jest tak mało i wybrzmiewają one powoli – muzycy spędzili tyle czasu na ich poszukiwaniu, że gdy w końcu usłyszeli upragnione tony zostawali przy nich na długie minuty. Najskuteczniejszą metodą uzyskania takiego rezultatu było dążenie do współbrzmień. Sytuacji, kiedy dźwięki gitary i kontrabasu zaczynają się zlewać, czego skutkiem ubocznym stają się przypadkowe rezonanse, zderzające się tony i półtony.

Rozmowa z Lotto przypomniała mi się, kiedy słuchałem albumu Ellen Akrbro. Szwedzka kompozytorka również lubi, gdy dźwięk ma dość czasu, by wybrzmieć. Nic dziwnego, w końcu studiowała pod okiem legend amerykańskiego minimalizmu: La Monte Younga i Marian Zazeeli. Artystów, którzy pod banderą The Theatre of Eternal Music grali kilkunastogodzinne, transowe koncerty składające się z ledwie kilku dźwięków. Ich fascynacja przeciągłymi, niekończącymi się dźwiękami – które zaczęto określać mianem „drone music” – bez wątpienia udzieliła się ich uczennicy. Szczęśliwie młodej kompozytorce udało się znaleźć sposób, by tak modne ostatnio inspiracje przekuć na autorskie kompozycje.

Czytaj dalej